K. Tlaga: „Spełniły się moje marzenia”

11 stycznia 2018, 19:32 | Autor:

W ostatnim czasie w kadrze Widzewa znajdowało się dwóch dobrych prawych obrońców. Występować mógł tylko jeden i wybór padł na Marcina Kozłowskiego. Z czasem rola rezerwowego zaczęła Kamilowi Tladze doskwierać na tyle mocno, że postanowił odejść. Co mówił WTM zaraz po wyjściu z klubu w pożegnalnej rozmowie?



– Rozmawiamy chyba ostatni raz, gdy jesteś piłkarzem Widzewa.

– Już nawet nie. Rozwiązałem umowę, rozliczyłem się ze sprzętu. Stało się. Może jednak coś dzieje się po coś? Może wrócę tutaj jeszcze w innej roli? Na przykład jako trener grup młodzieżowych czy drugiej drużyny. Tylko, żeby trener Kuba Grzeszczakowski się nie gniewał za te słowa (śmiech).

– Zawsze doceniałeś to, że znalazłeś się w Łodzi.

Marzenia się spełniły. Po to się trenuje całymi latami, żeby móc zagrać w wielkim klubie, na wspaniałym stadionie. Okres spędzony w Widzewie był wspaniały. Spędziłem w nim wiele pięknych chwil i przeżyłem niezapomniane emocje. Poznałem też świetnych ludzi. Pomogłem wywalczyć ten pierwszy awans, cieszyłem się na fecie z tysiącami kibiców. Wspomnień do końca życia będzie wiele.

– Poza trenerem Witoldem Obarkiem, pracowałeś chyba z każdym szkoleniowcem. Z którym współpraca była najlepsza?

– Nie chcę oceniać trenerów. Chcę jednak podziękować trenerowi Marcinowi Płusce i ludziom, którzy sprawili, że zostałem sprowadzony do Łodzi. Nie oznacza to jednak, że skoro nie grałem u trenera Franciszka Smudy, to jestem na niego obrażony czy zły. Przeciwnie – cieszyłem się, że przyszedł. Dzięki temu odbudowałem się fizycznie na treningach. Sporo się przy nim nauczyłem i to doceniam.

– Nie wierzę, że nie czułeś negatywnych emocji, gdy trenerzy czytali meczową osiemnastkę czy pierwszy skład bez twojego nazwiska.

– Mogę mieć jakieś złości, ale trener obserwował nas na co dzień i musiał podjąć decyzję, kto jest w lepszej formie. Marcin Kozłowski grał wszystko. Wiadomo, że nie zmienia się składu, który wygrywa. Ja, jako trener, też pewnie będę tak do tego podchodził. Ani do trenera Smudy, ani Marcina Broniszewskiego nie mam żadnych pretensji.



– Wydało się już, gdzie trafisz.

– Idę do Tomaszowa. Rozmowy toczyły się w tym temacie od miesiąca, ale prosiłem was o to, żeby ugryźć się w język, bo sam musiałem podjąć tę decyzję na spokojnie. Musiałem wybrać, czy chcę dalej być w Widzewie, dostawać fajne pieniądze, przybijać sobie piątki z ludźmi, ale z drugiej strony siedzieć na trybunach i stać sportowo w miejscu. Uznałem, że nie o to chodzi. Mogę jeszcze pograć w piłkę, odbudować się. To jest dla mnie ważniejsze od pieniędzy i splendoru.

– Będziemy się jeszcze widywali tu nie raz?

– Na 100%. Ale jak mam przyjść na trybuny, to tylko jako kibic. Na pewno nie raz przyjdę popatrzeć na to boisko, na którym sam grałem. Dla mnie to było spełnienie marzeń z dzieciństwa. Niesamowita sprawa, gdy 18 tysięcy ludzi cieszy się po twoim golu.

– Czego, oczywiście z wyjątkiem awansu, mogę ci życzyć w nowych barwach?

– Zdrowia przede wszystkim. Jak będzie, to przyjadę tutaj za kilka miesięcy z Lechią i będziemy się napieprzać, brzydko mówiąc. Na 90 minut sentymenty pójdą na bok.

Rozmawiał M.M



Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress