Jest wczesne popołudnie ale to najwyższy czas by iść. Tłum rusza, powiększając się z każdą sekundą o kolejnych czerwonych nosów, pozostawiając ukochany stadion, który bardziej przypomina dziś obóz koncentracyjny niż obiekt sportowy. Na każdym słupie stanowiącym część ogrodzenia wymalowany jest napis ŁKS z gwiazdą Dawida. Ogrom ludzkich głów płynie, skutecznie paraliżując komunikację w godzinach szczytu. Niezainteresowani tematem, a tych w tym mieście nie brakuje, przyglądają się z ciekawością na kolorowy korowód, inni wściekli stoją w kilkukilometrowym korku pojazdów.
Po kilkugodzinnym marszu w strugach niemiłosiernego deszczu, który dla wielu, zwłaszcza młodych, kibiców Widzewa pozostanie niezapomnianym wrażeniem armia ludzi dociera do bramy stadionu. Jak w każdym miejscu w Europie przygotowane jest specjalne wejście dla przyjezdnych. Tłum napiera, każdy pcha się chcąc jak najszybciej być po drugiej stronie bramy. Wśród kilkutysięcznej grupy zajmującej prawie wszystkie sektory za bramką , przeważają młodzi, dwudziestokilkuletni ludzie*. Pomimo zmęczenia wszyscy są podekscytowani. W tym samym czasie na płycie boiska rozgrywany jest mecz pomiędzy dawnymi gwiazdami obu łódzkich klubów. Na trybunach niewiele osób. Oldboje biegają, starają się, strzelają gole ale prawie nikogo to nie obchodzi. Stadion powoli zapełnia się. Pod bramą dla przyjezdnych pojawia się karetka pogotowia. Kierowca chce wjechać na teren obiektu. Sam pomysł ze względu na barierki wydaje się nieprzemyślany, ale ci którzy jeszcze pozostali albo uniemożliwiają wjazd ,a kiedy kilka osób zmusza pozostałych do myślenia i tłum rozstępuje się, są jednostki, którym wydaje się, że są zaradni, próbują wjechać na stopniach karetki do środka.
W końcu zaczyna się to, na co czternaście tysięcy na żywo i wielu przed telewizorami w całej Polsce czekało od dawna. Stadion żyje przez cały czas. Oprawa przypomina włoskie stadiony. Nie ma tu miejsca, przynajmniej jeśli chodzi o sympatyków Robotniczego dla piknika. Co jakiś czas albo przesłania flaga, albo inny ultrasowski atrybut. Doping prowadzony jest przez cały czas. Nie ma że boli. Oglądający spotkanie przed ekranem kibic ŁKS stwierdza później, że ci którzy wspierają jego drużynę albo krzyczą "ŁKS!" albo "gola, gola, gola strzelcie k....m gola!" Doping prowadza nie tylko kibice z Galery ale wszystkie sektory na trybunie. Odpowiada im Widzew -"j...ć, j...ć, j...ć ŁKS!" Jest też doping dla swojej drużyny ale przez cały mecz nienawiść , wrogość w postaci wulgarnych haseł, rzucanych zapalonych rac, specjalnie przygotowanych lub ukradzionych i palonych flag. Na szczęście dzięki osobom ogólnie znanym, nikt nie daje się sprowokować, chociaż po mieście chodzi info, że mecz będzie trwał tylko 20 minut... Pewny jest fakt, że gdyby nie obecność olbrzymich sił policji doszłoby do totalnej awantury i chyba niewielu trzymałoby ręce pod siedzeniami. Mecz się kończy, kibice wychodzą. Płoną reklamy od strony Zdrowia a niespotykanie w tym państwie spokojni mundurowi przyjmują na tarcze lecące kamienie.
"Wake up, wake up" stara szarpie za ramie. Jest o niebo lepsza niż budzik. Leżąc jeszcze w ciepłej pościeli, z zamkniętymi oczami, bedąc w stanie alfa, przypomina sobie Gio Kinkładze jak mija, jak strzela, ten tłum pod daszkiem Kippax, ręce w górze, sygnety błyszczą w świetle lamp. Dzisiaj derby mecz. Od kilku tygodni temat rozmów w pracy, weekendowych spotkań rodzinnych. Cały Manchester tym żyje, zresztą nie tylko Manchester.
Na kibiców the Reds, nazywanych przez niebieska część miasta, the Rags, Moneychester U...d, Moooychester od dźwięku wydawanego przez jednego z gatunku parzykopytnych, czeka ustawowe 3 tysiące miejsc siedzących, dzisiaj stojących, oraz pie&pint w kuluarach. Kibice City przez fanów z OT nazywani Shity poprzez pocztę, internet, fan cluby próbują wymyślić nazwę trybuny za jedną z bramek. Pomagają im w tym fani czerwonej części miasta głosując na The Bell End, która dla jednych stanowi hołd oddany Collinowi Bellowi mega - gwieździe Man City, dla drugich jest niezłą kpiną bo oznacza... końcówkę członka.
Pod stadionem niebieski tłum. Jest wśród nich 70 letnia Clare, która na dzisiaj specjalnie ufarbowała włosy na niebiesko a na twarzy pozwoliła wymalować sobie Kocham Kozła - chodzi tutaj o Shouna Gout-era. City zawodzi na całej linii ale jak to mówi Steve "możemy spaść z ligi byleby wygrać dzisiaj derby !". Dodaje "pamiętam, zresztą wszyscy fani City pamiętają, 5-1 w 1988" Pod jedna z bram ustawia się facet, który redaguje fanzina "City till I cry", który przypomina sobie wyjazd na Widzew w 1977 roku jak wyjazd na Sybir = przejmujący ziąb. W czasopiśmie, którego tytuł wyraża cały charakter kibiców tego klubu, a który jest parafrazą piosenki kultowej - "City Till I Die - City aż do śmierci", aż roi się od żartów z... siebie!!! i oczywiście z United. Jest tutaj np. reklama butów z podpisem gwiazdy MU Georgie Besta mówiąca, że są to najlepsze buty do kopania żony, jest pub o nazwie the Rags czyli śmieci -tylko dla kibiców United, jest polewka z czerwonego nosa Sir Alexa,itd.
Idąc z gorącym codem i porcją frytek zauważam podjeżdżający autokar z piłkarzami United, słyszę buczenie ze wszystkich stron. Pod stadionem kilku facetów o siwych włosach dmie w trąbki, puzony stare citisowskie standardy jeszcze z lat 60-tych. Przypominam sobie że wchodząc na forum i tytuł - "mój pierwszy mecz" większość wpisów nosi datę 195..., 196...,197...,Od strony przyjezdnych pełno policji, psów. United spokojnie, choć wielu jest ostro podpitych, stoją w kolejce. Podczas meczu wszyscy skupieni są na grze, zresztą tutaj w Anglii tematem nr 1 jest gra piłkarzy, tematem nr2 jest to co się dzieje w klubie, a temat kibiców - atmosfery jest po prostu... naturalny, nie ma nic wspólnego z subkulturą, przez co kibic nie kojarzy się z wyrostkiem - marginesem, z rodziny patologicznej.
Podczas meczu oczywiście słychać stały repertuar śpiewany przez United "użyj głowy, użyj nogi aż 10 sukinsynów będzie na ziemi " lecz z pewnością niema takiej nienawiści jak na polskich stadionach, zresztą co tu dużo gadać, u nas w blokowiskach, w małych miasteczkach za samo spojrzenie możesz dostać klapsa. W Manchesterze, przynajmniej teraz, nienawiść jest zastąpiona ironią. Kiedy Gary Nevill wyłożył wręcz piłkę Gouterowi stadion oszalał ze szczęścia a za chwilę sektory śpiewały "jeśli Gary może grać dla Anglii to mogę i ja..." oraz "Gary Nevill jest Niebieski!" a później zdjęcie, gdzie załamany Nevill z szydzącymi, rozhisteryzowanymi fanami, stał się ulubioną tapetą komputerów Citizens. Zaręczam, że w kraju gdzie słowo fuck używane jest nie tylko przez klasę robotniczą a polscy emigranci nie dziwią się, że ich dzieci jako pierwsze uczą się słów tzw nieparlamentarnych, na stadionach, choć, są one w śpiewniku, nie słychać faków. Nikt nie pluje na leżącego przy linii piłkarza nawet jeśli jest to derby day. Oczywiście dwie firmy jak się to tutaj mówi stoczyły pojedynek na jednym z parkingów, przy czym pytając o chuligankę odpowiedź brzmi "tak jest, co tydzień 50 osób (na 48 tysięcy) walczy na ulicach ale tak czy inaczej są to DWIE RÓŻNE PLANETY.


