Sezon 2009/2010 przebiegał pod dyktando Widzewa. Jednak nie tylko piłkarze rozdawali karty w tych rozgrywkach. Również fani czerwono-biało-czerwonych pokazali się z bardzo dobrej strony wspomagając swój klub w różnych zakątkach kraju. W zgodnej opinii niezależnych obserwatorów, to właśnie ekipa z Łodzi zaprezentowała się najlepiej. Za nami kolejny wyjazdowy maraton. Dla jednych sezon 2009/2010 był początkiem jeżdżenia za Widzewem, dla weteranów już którymś z kolei. Była okazja do tzw. "masówek", ale nie zabrakło też klimatycznych wyjazdów, na których meldowali się tylko najbardziej fanatyczni "turyści".
Podsumowanie wyjazdów w sezonie 2009/2010 cz. II (wiosna)I cześć obejmująca wyjazdy jesienne - TUTAJ
"Persona non grata"
Wiosnę wyjazdową fani Widzewa mięli zacząć w Poznaniu meczem z Wartą, ale zanim doszło do tego spotkania, na 7 marca zaplanowano Derby Łodzi na stadionie MOSiR. Za wydarzenia przed i po meczu w Zabrzu PZPN postanowił ukarać kibiców Widzewa 3 zakazami wyjazdowymi. Obejmował on mecze w Poznaniu i Ostrowcu, oraz właśnie spotkanie derbowe z ŁKS PSS. Stowarzyszenie kibiców walczyło jednak do końca, aby mecz rundy Widzewiacy mogli obejrzeć na stadionie. Na nic jednak zdały się pisma słane do oficjeli, bowiem nieugięty pozostawał organizator zawodów, czyli ŁKS. Władze tegoż klubu pod naciskiem swych kibiców nie chciały dopuścić do pojawienia się fanów RTS na stadionie przy Al. Unii. Jednym z powodów była próba odegrania się za działania kibiców Widzewa, którzy głośno protestowali przeciwko marnotrawieniu publicznych pieniędzy przez miasto chcące ratować bankrutujący ŁKS. Inną przesłanką do uniemożliwienia wejścia na stadion Widzewiakom była także obawa, że kolejny raz "Czerwona Armia" zmiecie rywala dopingiem wprawiając go w jeszcze większe kompleksy. Mimo braku oficjalnego zezwolenia na udział w meczu, fani Widzewa pojawili się w centrum Łodzi, aby nie jako zorganizowana grupa kibiców, a zwykli sympatycy piłki z Łodzi, udać się chodnikiem w kierunku miejskiego obiektu.
Obstawiona przez policję pielgrzymka licząca 2500 kibiców dotarła niemal do samego stadionu. Tam jednak została zatrzymana przez dzielnych stróżów prawa, po czym usłyszała, że owszem Policja i władze miejskie chcą wprowadzić kibiców Widzewa na trybuny, ale nie zgadza się na to organizator. W związku z tym pochód ma "rozkaz" zawrócić. W międzyczasie na drodze Widzewiakom stanął komitet powitalny złożony z fanów ŁKS i doszło do starć obu zwaśnionych grup. Gdyby od razu wydano zgodę na wejście kibicom Widzewa na obiekt, nie doszłoby do żadnych ekscesów. Ostatecznie "Czerwona Armia" cofnęła się, głównie pod naporem policyjnych pałek i polewaczek, i ruszyła na pobliskie bary i restauracje by obejrzeć spotkanie. Mecz derbowy zakończył się wielkim sukcesem. Rywal został rozbity aż 4-1! W związku z tym ok. 1000 fanów RTS postanowiło przywitać swoich piłkarzy na pokrytym śniegiem stadionie przy Piłsudskiego. Szampan lał się do rana.
"Łódzki Widzew na zakazie"
Widzewiacy mięli już za sobą gorącą derbową atmosferę, a przed sobą dwa "zakazowe" wyjazdy. Na początku pusta miała pozostać klatka w Poznaniu. Na stadion Warty zjechało się jednak ponad 500 fanatyków łódzkiego klubu. Organizator tak, jak przed rokiem, gdzie również mieliśmy zakaz, poszedł fanom na rękę, udostępnił cały sektor i sprzedał kilkaset biletów. Obie strony były więc zadowolone. Mecz rozgrywany był w marcu, przy przeraźliwym zimnie i deszczu ze śniegiem , co nie sprzyjało wokalnym popisom. Fani Widzewa prowadzili sporadyczny doping, kilka razy pozdrowiony został miejscowy Lech i jego nowa miłość z Dworca Kaliskiego. Piłkarze Widzewa otrzymali podziękowania za rozbicie ŁKS w derbach oraz za wygraną 2-0 z Wartą. W drodze powrotnej można więc było świętować kolejne 3pkt.
1 kwietnia, w Wielki Czwartek, Widzewiacy rozgrywali spotkanie w Ostrowcu Św. z tamtejszym KSZO. Na ten mecz również obowiązywał zakaz udziału zorganizowanej grupy kibiców gości, toteż goście wyruszyli...niezorganizowani. Widzewscy fanatycy wyruszyli w kierunku Ostrowca każdy na własną rękę. Zupełnie przypadkowe spotkanie "Czerwonej Armii" odbyło się na trasie, za Starachowicami. Tam kolumnę samochodów złożoną z kibiców RTS przejęli fani KSZO, którzy bocznymi dróżkami poprowadzili Łodzian pod stadion ku wielkiemu zaskoczeniu i zdziwieniu panów policjantów. Postawiony przed faktem dokonanym organizator w porozumieniu z policją i pod naciskiem kibiców obu klubów w końcu ugiął się i w kasie zaczęto sprzedawać bilety dla przybyszów z Łodzi. Ostatecznie na trybunach kameralnego stadionu zasiadło ok. 450 kibiców Widzewa, co jak na zakaz i środek tygodnia, uznać należy za dobrą liczbę. "Czerwona Armia" pośpiewała, pobawiła się z miejscową maskotką "Rumcajsem" oraz podziękowała piłkarzom za kolejną wyjazdową wygraną. Wielkie podziękowania należą się także kibicom KSZO, którzy w myśl hasła "Piłka nożna dla kibiców" zrobili więcej niż musieli, aby pomóc Widzewiakom wejść na obiekt, co się udało.
"Państwo policyjne"
Kolejną wycieczką "Czerwonej Armii" był wojaż do Płocka. Niegdysiejszy zgodowicz Widzewa, a dzisiaj jeden z wrogów, bliska odległość i szansa na tzw. "masówkę" odpowiednio zmobilizowały fanów RTS. Warto też dodać, że po wizycie w Płocku kibiców ŁKS w internecie doszło do mini wojny. Fani ŁKS próbowali podważyć liczbę Widzewiaków sprzed roku, zarzucając że 2300 to liczba zawyżona, gdyż wg nich połączone siły ŁKS i Zawiszy w liczbie 1900 prezentowały się okazalej...na zdjęciach. Widzewiacy postanowili więc kolejny raz uzmysłowić sąsiadom jak jeździ się na wyjazdy i w piątkowy wieczór pod bramami stadionu Petry pojawiło się ok. 2500 fanatyków! To liczba jeszcze większa niż w zeszłorocznej wycieczce. Tym razem doszło jednak do nieoczekiwanych atrakcji. Mianowicie ochrona po wpuszczeniu kilkudziesięciu kibiców Widzewa na stadion, nagle postanowiła zaprzestać dalszego wchodzenia na obiekt kibiców przyjezdnych. Organizator zrzucał winę na policję, ta na organizatora i ochronę, a tłum pod bramą stale rósł. Nie pomagały słowne prośby, nic nie dały próby skontaktowania się z działaczami przez osoby odpowiedzialne za organizację wyjazdu z ramienia stowarzyszenia kibiców. W końcu wściekły tłum nie wytrzymał i doszło do utarczek między ochroną a fanami, którzy posiadając bilet uprawniając do wejścia na obiekt stali zdenerwowani przed zamkniętą z nieznanych przyczyn bramą. Nerwy zaczęły puszczać też ochroniarzom i doszło nawet do zagazowania 10 latka! Zdenerwowany tłum Widzewiaków zaczął napierać na bramy. Okazało się później, że dzielna policja tylko czekała na jakiś maleńki pretekst i rozpoczęła nieuzasadnioną pacyfikację bezbronnych kibiców. W ruch poszły pałki, armatki z gazem, shotguny, wjechała też polewaczka z wodą. Szczytem debilizmu popisali się bohaterscy funkcjonariusze oblewając lodowatą wodą spokojnie stojących na parkingu ludzi fundując przy okazji mycie samochodów. Policjanci bawili się w strażaków do tego stopnia, że po pewnym czasie przyjechała druga polewaczka, bowiem w pierwszej zabrakło wody! Trzymani do ok. półtorej godziny po meczu fani Widzewa w końcu mogli opuścić okolice stadionu. Humory nieco poprawiła informacja o kolejnej wygranej piłkarzy, ale wściekli z przemoczenia i zawiedzenia z pocałowania klamki, kibice zapowiedzieli, że nie puszczą płazem tej sprawy.
Już po meczu okazało się, że wszystkie zagrywki ochrony i policji służyły właśnie sprowokowaniu kibiców, aby zacząć z nimi regularną wojnę. Oczywiście zaczepki słowne i szturchania, celowe spowalnianie pojazdów na trasie dojazdowej do Płocka itp. miały doprowadzić do tego, że w mediach nazajutrz policja obarczy winą i odpowiedzialnością bandytów-kibiców, podczas gdy oni tylko nieśli spokój i bezpieczeństwo na ulicach.
"Ten ma wielu wrogów..."
12 maja doszło do spotkania GKS Katowice z Widzewem Łódź. Organizator meczu już zawczasu z obawy przed olbrzymią inwazją na stadion Gieksy połączonych armii Widzewa i Ruchu, zapowiedział że kibice gości wiosną meczu swojego klubu w Katowicach nie obejrzą. Wszystko za sprawą rzekomego remontu sektora dla przyjezdnych. Podobnie było rok wcześniej. Wówczas Widzewiacy także nie mogli oficjalnie pojawić się na meczu, bowiem GKS swoje spotkania rozgrywał w Jaworznie. Mimo, że tamten obiekt nie był przystosowany do przyjęcia fanów drużyny przyjezdnej, kibiców Widzewa na trybunach nie zabrakło. Podobnie było i w tym sezonie. Ostatecznie na meczu pojawiło się kilkadziesiąt (ok. 50) fanatyków Widzewa. Zasiedli oni głównie w różnych częściach trybuny głównej, rozsiani po niej, aby nie wzbudzać podejrzeń. Miejscowi fani tym razem zachowywali wzmożoną czujność, aby nie dopuścić do kolejnego swobodnego dostania się na ich sektory wrogich jednostek. Gieksiarze chwalili się później w internecie, że ręcznie wybili to z głowy jakieś grupce Widzewiaków, jednak nikt z łódzkich fanów nie potwierdził tej informacji. Po raz kolejny "Czerwona Armia" udowodniła, że nie ma dla niej meczów nie do zaliczenia, choćby dostępu na stadion pilnowało FBI i Secret Service. Jak wielkim "gulem w gardle" było to dla kibiców GKS świadczą ich późniejsze oświadczenia, że nie wierzą oni o pojawieniu się na ich trybunach Widzewiaków :)
"Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem..."
Wyprawa do odległego Nowego Sącza była niezwykle ciekawa z dwóch powodów. Po pierwsze była to pierwsza okazja do zaliczenia wyjazdu w tym urokliwym mieście, bowiem Widzew nigdy nie grał tam w żadnych rozgrywkach. Po drugie zwycięstwo nad 3 w tabeli rewelacją ligi dawało Łodzianom już pewny, matematyczny awans do Ekstraklasy. Od kilku dni Polskę zalewała fala obfitych deszczów, a na terenach powodziowych zalewane były pola i domy. Mimo niesprzyjającej pogody spod stadionu w Łodzi ruszyła spora kawalkada autokarów, busów i samochodów. Nadzieja fanów udających się w góry na wygraną i przypieczętowanie awansu z biegiem czasu zaczęła zmieniać się w nadzieję, żeby w ogóle dojechać na miejsce i rozegrać zawody. Kilkanaście kilometrów przed Nowym Sączem policja zatrzymała kolumnę kibiców. Powodem był brak decyzji, czy do meczu w ogóle dojdzie. Kibice Widzewa załamani przejechaniem niemal całej trasy i ryzykiem obejścia się smakiem, pesymistycznie nastawiali się już na powrót do domu i kolejną wyprawę do Nowego Sącza za kilka dni na przełożony mecz. Organizatorzy poszli jednak po rozum do głowy uznając, że albo rozegrają ten mecz w tych ekstremalnych warunkach atmosferycznych teraz, albo nie rozegrają go już nigdy. Czas miał pokazać, że mięli rację. Mecz ostatecznie się odbył. W sektorze gości pojawiło się 600 sympatyków Widzewa. Boisko roiło się od olbrzymich kałuż, w których piłka dosłownie stawała. Na dodatek zaczynało coraz mocniej lać. Fatalne warunki bardziej sprzyjały piłkarzom w czerwonych strojach i Widzew po 30min gry prowadził już 3-0! Nic więc dziwnego, że nastroje panujące wśród kibiców RTS były fantastyczne. W pewnym momencie kibice gości wyskoczyli z ubrań i bez koszulek zaczęli bawić się na stadionie. Ulewa oraz temperatura bliska zera nie miała już znaczenia. Liczył się tylko Widzew i jego awans do Ekstraklasy (drugi po koszykarkach). Pod koniec I połowy dotarła informacja, że pod stadionem znajduje się 150-osobowa grupa fanów Widzewa, których organizator nie chce wpuścić na mecz mimo posiadanych biletów lub pieniążków, którymi za wejście na obiekt kibice chcieli zapłacić. Rozmowy z działaczami Sandecji nic nie dały, więc wszyscy fani Widzewa w ramach solidarności ze zmokniętymi do ostatniej nitki i wściekłymi, że pomimo przejechania połowy Polski nie dane im będzie obejrzeć i wesprzeć swojego klubu, kolegami postanawiają zdjąć flagi z płotu i opuścić trybuny. Mecz skończył się więc dla Łodzian w przerwie. Wszyscy fani powrócili do autokarów i ruszyli w drogę powrotną. Szkoda, bowiem debiutancki wyjazd do Nowego Sącza wypadł niezwykle udanie pod względem piłkarskim. Piłkarze Widzewa rozgromili rywala aż 6-1! Żal, że tylko połowę goli udało się obejrzeć kibicom. Jednak solidarność z kolegami po szalu i ideały droższe od pieniędzy zawsze będą przyświecać "Czerwonej Armii" w myśl legendarnej już sentencji "You`ll never walk alone".
"Nigdy więcej I ligi!"
Ostatnim wyjazdem w sezonie 2009/2010 była wizyta w Pruszkowie. Mecz z tamtejszym Zniczem nie wywoływał jednak w szeregach "Czerwonej Armii" zbyt wielkich zachwytów. Podrzędny klubik, bez kibiców, zaplecza i solidnego stadionu nie budził zbyt pozytywnych emocji. Organizator postarał się o zapewnienie Widzewiakom "aż" 100 biletów. Co prawda Znicz przyznawał taką właśnie pulę wejściówek każdemu, jednak to, czym zadowalali się inni, było dla Łodzian policzkiem. Wobec tego zdecydowana większość fanatyków postanowiła wypiąć się na bilet umożliwiający obecność w "klatce" (dosłownie; sektor dla gości w Pruszkowie to istna klatka rodem z ZOO) i tak, jak rok wcześniej obejrzeć mecz zza rzeczki w pobliskim parku. Widoczność z tego miejsca okazała się jednak tym razem niemożliwa za sprawą bannerów reklamowych. Całe towarzystwo przeniosło się więc obok klatki i spotkanie oglądało zza siatki odgradzającej boisko od kortów tenisowych. Ostatecznie łączna liczba widzewskich wyjazdowiczów (tych z klatki, zza kortów i jednostek incognito na jedynej trybunie) wyniosła 400. Mecz skończył się wstydliwą porażką 0-1. Jednak maleńkim usprawiedliwieniem dla piłkarzy był z pewnością brak mobilizacji na mecz, który podobnie jak kibice, piłkarze po prostu przyjechali zaliczyć. Spotkanie bez historii, którego nikt nie zaliczy do topowych wyjazdów. Widzewiacy powrócili do domów z nadzieją, że więcej nie będzie im dane męczyć się na tak prowizorycznych obiektach w tak nudnej atmosferze.
Gwoli formalności dodać należy, że w sezonie 2009/2010 doszło także do meczu wyjazdowego w Pucharze Polski. Widzew gościł w Jastrzębiu. Z wygranej nad miejscowym GKS cieszyło się na trybunach ok. 250 kibiców RTS w tym delegacja Ruchu Chorzów.
Podsumowując ten wyczerpujący sezon wyjazdowy w pamięci na pewno zapadną wydarzenia z Zabrza i Płocka, sportowe emocje w Szczecinie, rozgromienie Sandecji w Nowym Sączu, czy klimatyczne wyjazdy do Kluczborka i Świnoujścia. Wojaże w 2009 i 2010 roku były dość męczące i monotonne. Widzewskie towarzystwo było już mocno znudzone odwiedzinami Ząbek, Pruszkowa, czy Poznania. To, co przed rokiem sprawiało wrażenie interesującego, bo dziewiczego, w tym sezonie nie budziło już takiej ekscytacji. Owszem, można dla odmiany zaliczyć bardziej egzotyczne obiekty, ale miejsce Widzewa i "Czerwonej Armii" jest w elicie. Fanatycy Widzewa powinni mierzyć się z najlepszymi ekipami w kraju, zamiast włóczyć się po kibicowskich "wioskach". Dziękując słowami popularnego na polskich stadionach okrzyku PZPN-owi za drugi z rzędu maraton I-ligowy, z utęsknieniem czekamy już na wyprawy po świeżo wyremontowanych i pojemnych stadionach Ekstraklasy. A więc bójcie się gospodarze - Widzew wraca na tron!
Tradycyjnie kierujemy podziękowania do przychylnych nam działaczy oraz wszystkich grup kibicowskich, jakie przyczyniły się do pomocy Widzewiakom w dostaniu się na I-ligowe stadiony.
Wielki dzięki także dla przyjaciół z Ruchu Chorzów za częste i liczne wsparcie zarówno w Łodzi jak i na meczach wyjazdowych! "Jesteśmy siłą o jakiej im się nie śniło!"
Do zobaczenia na trasie już od sierpnia!
Ryan


