Trwa akcja promocyjna w księgarni LaBotiga

9 stycznia 2026, 15:42 | Autor:

Zbigniew Boniek miał sportowe zacięcie i emanował pewnością siebie. Nikomu się nie kłaniał, przez co nie był lubiany przez wiele osób w futbolowym środowisku. Jednak takie podejście zapewniło mu sukces w kraju nad Wisłą, a potem na arenie międzynarodowej.

Wszedł na piłkarską scenę w latach 70., kiedy Polska święciła sukcesy na arenie międzynarodowej za kadencji Kazimierza Górskiego. Wówczas największymi gwiazdami Biało-Czerwonych byli Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach i Jan Tomaszewski. On także chciał być jak zawodnicy „papy” Górskiego. Zbigniew Boniek odgrywał kluczową rolę w Wielkim Widzewie, Juventusie i „Orłach” Antoniego Piechniczka. Rozegrał wiele spotkań, które przeszły do historii polskiego futbolu, o czym wspomniał Januszowi Basałajowi w książce „Mecze mojego życia”.

Zdaje się, że to Jerzy Engel w kontekście wyboru piłkarzy do kadry narodowej powiedział:

– Selekcja była prosta.

A jak było z selekcją 10 najważniejszych meczów w Pańskim życiu?

– Czy ta moja selekcja była prosta? Z pewnością nie poszedłem na łatwiznę i nie wybrałem mojego biletu wizytowego, czyli wspomnianego meczu z Belgami i hat-tricka, którego ustrzeliłem wtedy na stadionie Camp Nou w Barcelonie. W trakcie kariery rozegrałem zresztą kilka takich spotkań, czy to w europejskich pucharach, czy w reprezentacji Polski. Poza tym na mundialu w Hiszpanii istotniejsza była nasza przeprawa z Peru, otoczka tego meczu, atmosfera wśród kierownictwa ekipy, dziennikarzy, którzy zorganizowali na mnie polowanie z nagonką. A Belgia, no cóż… Poszło nam, w tym mnie, świetnie”.

Rzeczywiście mecz przeciwko Belgii na hiszpańskim mundialu w 1982 roku był popisem „Zibiego”. As Biało-Czerwonych ustrzelił wtedy hat tricka, ale jeszcze ważniejszy dla Bońka były pojedynki przeciwko Juventusowi w Pucharze UEFA, o którym opowiedział autorowi
niniejszej książki:

– Czasy bez telefonów komórkowych, internetu, telewizji satelitarnej wydają się tak odległe, jakby to było w średniowieczu, ale pewnego październikowego południa w 1980 roku żeby do wiedzieć się, z kim zagramy w II rundzie, po treningu (a może i przed?) niemal cała ekipa
piłkarzy Widzewa zgromadziła się w pokoju pana prezesa, czekając na wieści. Telefon (chyba z siedziby UEFA) odebrał Stefan Wroński – prawa ręka prezesa Sobolewskiego. Powiedział kilka słów do słuchawki, a potem, trochę zmieszany, a nawet blady, rzucił w kierunku piłkarzy:

– Panowie, Juventus Turyn! Pierwszy mecz w Łodzi.

Wroński nie musiał nic dodawać. Wielka firma, chyba najbogatszy klub w Italii (było to jeszcze przed erą Berlusconie go w Milanie), sponsorowany przez rodzinę Agnellich, właścicieli koncernu Fiata. Nie mówiłem tego głośno, ale jeszcze przed losowaniem myślałem sobie, że dobrze byłoby zagrać z Juve. Przecież ciągle śniła mi się kariera w dobrym zachodnim klubie. Wiedziałem (głównie z plotek), że interesowały się mną dwa włoskie kluby – Roma i właśnie Juve.

A skoro miałem być ciągle w transferowej grze, to warto było pokazać się z jak najlepszej strony w Europie, grając przeciwko takim renomowanym rywalom. Tym bardziej że ani moi koledzy, ani ja sam nie baliśmy się nikogo. Tylko ten pierwszy mecz w Łodzi trochę nam nie pasował, bo, przynajmniej teoretycznie, rewanż korzystniej grać u siebie. Kiedy jednak chcesz wyeliminować Juventus, nie możesz rozmyślać bez końca, że pierwszy mecz lepiej byłoby zagrać na wyjeździe.

Dwudziestego drugiego października zagraliśmy kapitalne spotkanie. To było fantastyczne widowisko z Widzewem w roli głównej. Wygrana 3:1, przepiękne akcje, dwie moje asysty przy bramkach Grębosza i Pięty. Żal tylko straconego gola, którego nieco przypadkowo strzelił Roberto Bettega, bo wynik 3:1 w pucharach wcale nie jest taki komfortowy. Wystarczyło 0:2 w Turynie i byłoby po nas. W dodatku pojawiła się wśród nas psychoza, że turecki sędzia, nazwiskiem Tokat, nie pozwoli, by w Turynie faworyt pożegnał się z rozgrywkami. Wtedy nikt nie myślał o systemie VAR, a produkcje telewizyjne były o wiele gorszej jakości. Kiepsko dysponowany arbiter mógł łatwo wypaczyć wynik spotkania, dlatego nie wykluczaliśmy, że będzie sędziował po myśli gospodarzy.

Już w Turynie uspokajał nas drugi trener, Wiesiek Chodakowski. Obserwował ostatni sprawdzian Juve, czyli mecz z Ascoli, i nie był pod wielkim wrażeniem gry naszych rywali. Zamiast lekceważenia pojawiło się w naszym obozie uczucie pewności siebie i wiary we własne siły. Po latach przypomniano mi, że gospodarze już od lądowania grali nie fair. Ponoć dwie godziny czekaliśmy na autobus, który miał nam podstawić Juventus. Może i tak było? Ja jednak czułem się tak podekscytowany meczem, że nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi. Liczyło się tylko boisko i to, co na nim.

A na placu gry w ten środowy wieczór było niezwykle ciężko. Niestety, potwierdziły się nasze przypuszczenia co do pracy arbitra. Czasami piłkarze powiadają, że nie chcą wsparcia sędziego, że wystarczy, by tylko im nie przeszkadzał i był bezstronny. Ale tego wieczoru Tokat nie próżnował: puszczał faule Włochów, bardzo surowo oceniał akcje gości (dostaliśmy pięć żółtych kartek), nie uznał mi prawidłowo zdobytej bramki przy stanie 3:1 dla gospodarzy. Okazał się przy tym niezłym aktorem: niby przy tej sytuacji myślał, niby konsultował się z liniowymi, wahał się z 10 sekund, a w końcu i tak nie pokazał na środek boiska. Po latach, już jako gracz Juventusu, wracałem pół żartem, pół serio do tej sytuacji. Koledzy z Juve udawali, że nie wiedzą, o co mi chodzi. Gdyby Tokat uznał tego gola, oni znaleźliby się poza burtą rozgrywek, bo musieliby wtedy strzelić jeszcze dwa gole, żeby nas wyeliminować, a do końca spotkania zostało zaledwie kilka minut. W pierwszej połowie natomiast byłem faulowany w polu karnym – karny jak złoto, ale gdzie tam! Nie tego dnia, nie z tym panem z gwizdkiem.

To był znowu kapitalny mecz Widzewa, ale też Juve prezentowało się świetnie; prowadziło już przecież 2:0 po golach Tardellego i Furino. U nas wspaniale bronił Młynarczyk. Ja znowu bez trafienia, ale za to z podaniem do Marka Pięty, który zdobył bramkę. Przez cały mecz ganiał za mną Marco Tardelli. Bardzo ciężko było mi go zgubić, ale raz się udało i w 59. minucie dograłem celnie Markowi. Jeszcze Brady pokonał  Młynarczyka i po 90 minutach Juventus prowadził 3:1. Dogrywka to była ciężka harówa, walka na całym boisku, ale wynik pozostał bez zmian. Karne!

‘Przegląd Sportowy’ z 6 listopada relację ze Stadio Comunale zatytułował »Cudowny nokturn Józefa Młynarczyka«. Nic dodać, nic ująć! Józek, świetny podczas 120 minut gry, samego siebie przeszedł w serii jedenastek. Kilka chwil przed karnymi podszedłem do niego z krótką radą:

– Nie chcę ci robić wody z mózgu, ale ze wspólnych treningów z Causio i Cabrinim w reprezentacji Reszty Świata pamiętam, że Causio strzela jedenastki wewnętrzną częścią stopy w lewy róg bramkarza. Robi to automatycznie, nawet na ciebie nie popatrzy.

Młynarz tylko pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć:

– OK, dziękuję. Kapuję, o co chodzi.

Pierwszy strzelał Mirek Tłokiński. Mocno i celnie – 1:0. Do piłki podszedł Causio. Stało się tak, jak mówiłem Józkowi. Franco uderzył w lewy róg
bramki, ale tam już czekał Józiu, który obronił ten strzał! Andrzej Grębosz – 2:0. Zoff bez szans. Cabrini… Mocno w lewy, dolny róg bramki, ale Młynarczyk tego wieczoru, jak powiadają Włosi, robił ‘cappo lavoro’. Czas na Smolara. Byłem gotów się założyć, że Włodek strzeli w lewy róg bramkarza. Tak też się stało. Prowadziliśmy 3:0.

Liam Brady trafił na 1:3 i w czwartej serii przyszedł czas na mnie… A potem… była szalona radość, euforia i łzy szczęścia. Płacz po takim sukcesie przystoi każdemu, nie można się wtedy wstydzić łez. Robotnicze Towarzystwo Sportowe pokonało arystokratów światowego futbolu! (…) Nawet fakt, że gospodarze chcieli nam podarować jakieś stare treningowe łachy zamiast koszulek meczowych, nie wytrącił nas z równowagi. To pudło ze starym sprzętem odniosłem ze wzgardą do ich szatni.

Miałem wewnętrzne przekonanie, że w tych starciach z Juve wykonałem świetną robotę dla kolegów i dla siebie. Moje marzenia o grze w Serie A zaczęły się uprawdopodobniać, wiedziałem, że mój plan kiedyś wypali. Obejmował on grę w mistrzostwach świata, ukończenie studiów na warszawskiej AWF i wielki odlot do świata najlepszej zawodowej piłki. Nawet szalony pomeczowy bankiet w hotelu nie przeszkodził mi w snuciu tych planów”.

Książki „Mecze mojego życia” czy „Widzew. Reaktywacja” oraz inne tytuły Wydawnictwa SQN poświęcone legendom polskiego futbolu zostały objęte promocją „Rosnące rabaty, piąty za 1 zł” w księgarni LaBotiga TUTAJ.

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x