Trwa akcja promocyjna w księgarni LaBotiga

17 stycznia 2026, 12:57 | Autor:

Dziś trudno sobie wyobrazić, by piłkarz RTS-u czy innego polskiego klubu nie był zainteresowany grą w Manchesterze City. Jednak w czasach Wielkiego Widzewa taka sytuacja miała miejsce i dotyczyła Zbigniewa Bońka, o czym napisał Marek Wawrzynowski w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”.

„W połowie kwietnia w grze o Bońka pozostały już tylko Roma i Juventus. Klub z Rzymu wydawał się bliższy transferu, tym bardziej że i zawodnik przychylniej patrzył na Wieczne Miasto niż stolicę Piemontu. Co prawda Nils Liedholm, ówczesny szkoleniowiec zespołu, wolał w składzie swojego rodaka Torbjörna Nilssona z IFK Götteborg lub Safeta Sušicia z FK Sarajevo, ale zarząd chciał Bońka. Do Warszawy na negocjacje przyjechał Ettore Viola, syn prezesa klubu. Juventus oddelegował dyrektora sportowego Pietro Giulianiego. Prezydent Giampiero Boniperti przyjechać nie mógł, bo w tym czasie załatwiał transfer Michela Platiniego. Viola i Giuliani zatrzymali się nawet w tym samym hotelu.

Chcieli go mieć przedstawiciele czołowych klubów Europy. Już po starciach z Manchesterem City Zbigniew Boniek mógł trafić do ligi angielskiej.

– Malcolm Allison, nasz trener, był na meczach w Polsce, żeby rozpracować Widzew, i zachwycił się Bońkiem. Chcieliśmy go mieć – mówi Tony Book. Na wstępne negocjacje wysłał Jerzego Bergiera, Polaka z Manchesteru, byłego lekkoatletę Legii Warszawa, dziś uznanego w Anglii sommeliera.

– Kazali mi się zorientować, czy są jakiekolwiek szanse. Od razu odpowiedziałem, że nie ma żadnych, bo Zibi miał wtedy 22 lata, a za granicę można było wyjeżdżać po trzydziestce. Dla pewności zadzwoniłem jednak do Jacka Gmocha, który potwierdził, że nie ma takiej możliwości. Podpowiedział, że jeśli szukamy kogoś w tym stylu, to warto wziąć Kazimierza Deynę – opowiada Bergier. Deyna poszedł do City za 120 tysięcy funtów, a kwotę zapłacono w sprzęcie biurowym.

Przepisy to jedno, ale sam Boniek mówi, że i tak nie po szedłby grać do drużyny z Maine Road.

– Widzew był wówczas lepszy niż City, a mnie interesował wyjazd tylko do najlepszych klubów świata – mówi.

Na zaproszenie Manchesteru United przyjechał z żoną do Anglii, spotkał się z przedstawicielami klubu, zobaczył miasto, zjadł kolację.

– Sexton długo się zastanawiał. Myślę, że trochę się wystraszył – mówi Bergier, który pracował w tym czasie na zlecenie konkurenta City. Boniek jednak zapewnia, że i tak nie miał ochoty wyjeżdżać na Wyspy.

– Pół Anglii o mnie pytało, nie podniecało mnie to – wyjaśnia Boniek.

Nie tylko pół Anglii. Wiadomo, że do Łodzi przyjechał także sam Helenio Herrera, wówczas szkoleniowiec Barcelony, który przy pomocy mówiącego po hiszpańsku polskiego księdza negocjował z Bońkiem transfer, ale nic nie wskórał.

W tym czasie Boniek nie krył fascynacji Włochami. Był tam na urlopie z żoną Wiesławą, z wykształcenia romanistką, i już wówczas dziennikarze miejscowych gazet wypytywali go o ewentualny transfer. Nigdy nie krył, że to właśnie gra na Półwyspie Apenińskim jest dla niego największym wyzwaniem.

Zresztą liczył, że do Juventusu uda mu się przejść wcześniej. W 1979 roku włoski agent piłkarski Gigi Peronace organizował mecz Argentyny z drużyną Reszty Świata. W zespole gwiazd występowało kilku piłkarzy Juventusu, między innymi Marco Tardelli, Antonio Cabrini i Franco Causio oraz już dogadany ze Starą Damą Paolo Rossi. Wszyscy oni, jak zapewniała włoska prasa, byli poruszeni umiejętnościami Polaka. W kilku argentyńskich gazetach Boniek był oceniany jako najlepszy zawodnik meczu. Podobnego zdania był Boniperti, który oglądał spotkanie w telewizji, i – co ważne dla przyszłego transferu – Michel Platini, który mieszkał z Bońkiem w pokoju. Zresztą panowie z miejsca przypadli sobie do gustu. Wówczas transfer Bońka nie doszedł do skutku, bo Juventus miał możliwość ściągnięcia tylko jednego obcokrajowca. W 1980 roku włoska federacja piłkarska po 14 latach przerwy przywróciła możliwość kupowania zawodników z zagranicy, ale tylko po jednym na klub. Juve mogło więc sięgnąć po „Zibiego”, lecz wtedy w Turynie zdecydowano się na Irlandczyka Liama Brady’ego z Arsenalu. Dopiero w 1982 roku federacja zgodziła na dwóch obcokrajowców. Brady musiał odejść, a na jego miejsce wskoczyli Platini i reprezentant Polski.

Oczywiście w 1979 roku barierą mógł być wiek zawodnika. Wówczas Polacy mogli wyjeżdżać z kraju po 30. roku życia. Tyle że za transferem Bońka kryły się pieniądze tak wielkie, że żaden przepis nie był większy od nich. Przecież i w 1982 roku przepisy nie pozwalały wyjeżdżać z Polski tak młodym zawodnikom. Władze poszły na rękę piłkarzom i obniżyły wiek dla chętnych do wyjazdu do 28. roku życia. Bońkowi do spełnienia tego wymogu brakowało jednak wciąż dwóch lat. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że pieniądze z jego transferu trafiły do kieszeni kilku poważnych dygnitarzy partyjnych, którzy podobno śledzili każdy krok rozmów odbywających się w Centralnym Ośrodku Sportu. Tak zasugerował Orest Lenczyk, który po latach rozmawiał na ten temat z Sobolewskim.

– Trzy dni w COS-ie siedziałem w skórzanym fotelu, niemal dupę sobie odparzyłem – przypomina Wojciech Daroszewski, wiceprezes Widzewa, który przeprowadzał najtrudniejszą, jak sam mówi, transakcję w karierze.

Negocjacje trwały do ostatniego dnia okna transferowego. W tamtym okresie we Włoszech zamykało się ono dla obcokrajowców pod koniec maja, ale w 1982 roku włoska federacja zmieniła datę na 30 kwietnia.

– My zdecydowanie woleliśmy Juventus, bo Roma nie mogła zapłacić naraz tyle pieniędzy. W pewnym momencie, gdy wszystko było już zaklepane i Boniek znajdował się już praktycznie w Juventusie, zrobił woltę i zakomunikował, że jednak bardzo chciałby pójść do Romy – mówi Daroszewski.

Wiadomo, że dla Włochów był to transfer niezwykle istotny. Nie tylko dlatego, że Boniek był znakomitym piłkarzem, ale też ze względów ambicjonalnych. Właśnie na początku lat 80. rozpoczynała się trwająca do dziś rywalizacja fanów Juve i Romy, może nie pierwszoplanowa we Włoszech, ale jednak istotna. Zibi spodobał się samemu Gianniemu Agnellemu; szef koncernu Fiata w 1980 roku był na meczu Pucharu UEFA i obserwował na żywo awans Bońka i jego kolegów. Bardzo mocno za Zibim u prezesa wstawiał się Michel Platini, który miał okazję kilka razy zagrać z Polakiem i przeciw niemu.

Daroszewski przypuszczał, że ze strony Bońka był to blef, chodziło o podniesienie stawki. Jeśli tak, to piłkarz swoje ugrał, bo przedstawiciel włoskiego giganta w końcu się ugiął. Myślał, że sprawę załatwi szybko i poleci do Związku Radzieckiego, do Togliatti. Miał tam wizytować nowy oddział powiązanej z Fiatem fabryki Łady, ale musiał zostać w Polsce.

– Stary mnie wywali, jeśli wrócę bez Bońka – wyznał wiceprezesowi Widzewa człowiek Agnellich. Wrócił z zawodnikiem, ale najpierw przedstawiciel łódzkiego klubu musiał jeszcze wyjaśnić specjalistom z COS zasady rynku. Ci bo wiem, gdy w pewnym momencie poczuli
krew, zażądali 5 milionów dolarów, co oczywiście było dla Włochów nie do przyjęcia. Daroszewski przetłumaczył urzędnikom z ośrodka sportu, że 1,8 miliona dolarów to nie tylko pieniądze kolosalne, ale to też jedyna szansa na zarobienie takiej kwoty. Nikt inny nie mógł zapłacić za piłkarza tyle co Juventus. Co prawda Roma oferowała aż 2 miliony, ale chciała płacić w trzech ratach, a na to nie zamierzał przystać Sobolewski.

Widzew dodatkowo ugrał sprzęt sportowy, mecz w Turynie i zapewnienie, że do końca 1983 roku Juve przyjedzie do Łodzi. Sobolewski chciał też autokaru, takiego jak ma Juventus, ale na to szefowie Starej Damy się nie zgodzili, przekazali jedynie, że »taki autobus może być tylko jeden«. Udało się za to utargować część obozu sportowego nad jeziorem Garda. Pozostałą cześć zapłacili przedstawiciele Hellasu Werona w ramach rozliczenia za Władysława Żmudę.

Po odjęciu wszystkich marż dla różnych instytucji Widzew wziął za Bońka milion dolarów, czyli według oficjalnego kursu 86 milionów złotych. Na czarnym rynku kurs dolara wynosił wówczas od 350 do 500 złotych.

Z zespołu odszedł też wspomniany Żmuda. Hellas Werona, który go kupił, był wówczas beniaminkiem Serie A. Wydawało się, że to dobry wybór dla polskiego obrońcy, bo zespół z Werony miał wkrótce, niestety przy niewielkim udziale polskiego obrońcy, liczyć się w walce o czołowe miejsca we Włoszech. Sam Żmuda jednak żałował, że nie poszedł do Fiorentiny. Dla działaczy z Florencji był zawodnikiem drugiego wyboru. Byli do niego przekonani, ale tylko w wypadku, gdyby nie udało się im ściągnąć Daniela Passarelli. Ostatecznie to Argentyńczyk trafił do Violi”.

Książki związane z Widzewem i inne tytuły Wydawnictwa SQN poświęcone legendom polskiego futbolu oraz ekipie Biało-Czerwonych zostały objęte promocją”Rosnące rabaty, piąty za 1 zł” w księgarni LaBotiga TUTAJ.

[reklama] [artykuł sponsorowany]

Subskrybuj
Powiadom o
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Jan Ciszewski
18 godzin temu

To były piękne piłkarskie czasy! Kto je pamięta, ten ma co wspominać do dziś…
Weźmy takiego… Domarskiego. Dwie tylko bramki strzelił dla Reprezentacji, ale jedna z nich wprowadziła Polskę na salony futbolowe świata… na lata!
A dzisiejsi lewandowscy? Sto bramek w kadrze blisko, ale paradoksalnie… ani jednej, która wzniosłaby polskie piłkarstwo na wyższy poziom.
No i w gablocie reprezentacyjnej wciąż niestety pusto…
Panie Zbigniewie, pozdrawiam!

Legolas
17 godzin temu

Zostawmy przeszłość historykom i skupmy sie na teraźniejszości, bo tu trzeba grać i wygrywać żeby przez następne 20 lat nie musieć wracać do historii opowiedzianych już po 100kroć…

Przemek
Odpowiedź do  Legolas
17 godzin temu

Im należy się to choćby po tysiąckroć, jak i tym co grali w najlepszych latach dziewięćdziesiątych i do tych Panów Piłkarzy powinni równać Ci co grają obecnie, a w tedy będą takie sukcesy.

Abc
16 godzin temu

Ile Wam odpala ta LaBotiga za tę kryptoreklamę? Na marginesie to powinniście chyba dodać notkę, że to artykuł sponsorowany.

4
0
Would love your thoughts, please comment.x