Trwa akcja promocyjna w księgarni LaBotiga
6 lutego 2026, 16:32 | Autor: Bercik
Stanisław Burzyński jako bramkarz wiele razy udowodnił swoją wartość między słupkami. Jednak pobyt w areszcie odcisnął na nim piętno. Po tamtym traumatycznym okresie i straconej życiowej szansie, jaką byłby dla niego transfer do Ipswich Town, nie potrafił się odnaleźć. Jego tragiczny los opisał Marek Wawrzynowski w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”
„Nowy bramkarz idealnie pasował do drużyny Jezierskiego. Był naturalnym przywódcą oraz fantastycznym przykładem dla pozostałych zawodników.
– Zdarzało się, że podczas treningu leżał na ziemi z wycieńczenia i nikt inny na jego miejscu by się nie podniósł, ale on mówił wtedy: „Jedziemy dalej!”. Dzień w dzień harował na pograniczu ludzkich możliwości, uwielbiał trening. Był niesamowity na przedpolu, kochał efektowne parady, był wtedy jednym z najlepszych bramkarzy w kraju, to pewne – mówi Żemojtel. Z kolei Mirosław Westfal, drugi trener Widzewa, przyznał, że Burzyński to obok Kowenickiego najciężej pracujący zawodnik w zespole. Podobnego zdania był Bronisław Waligóra.
– Uwielbiał pracować. Zostawał po treningach z Tadkiem Gapińskim i eliminował braki. Na pewno był w pierwszej trójce w Polsce – uważa były trener Widzewa. Zresztą nawet Kazimierz Górski w 1975 roku przyznał, że Burzyński jest trzeci w kraju. Zaraz po Janie Tomaszewskim i Janie Karweckim, a przed Andrzejem Fischerem i Piotrem Mowlikiem. W Widzewie Burzyński odgrywał ważną rolę. Wielu piłkarzy uważa, że to właśnie on i Wiesław Chodakowski byli liderami zespołu, zanim nastał czas Bońka.
Znajdował się u szczytu kariery. W czasach kryzysu klubu był czołową postacią RTS-u. Tygodnik „Piłka Nożna” podkreślał, że tylko dzięki Burzyńskiemu Widzew w grudniu 1978 roku miał niewielką stratę do czołówki, a po za kończeniu sezonu 1978/79 katowicki „Sport” wręczył mu Złote Buty, nagrodę dla najlepszego piłkarza ligi. Redakcja podkreśliła, że było to zwycięstwo bezapelacyjne. Jeszcze w grudniu 1979 roku „Piłka Nożna” uznała go za drugiego bramkarza ligi za Zygmuntem Kuklą ze Stali Mielec.
Marian Geszke, były trener Lechii, uważa, że Burzyński był najlepiej wprowadzającym piłkę do gry bramkarzem w kraju. Miał niemal perfekcyjne dalekie podanie. Do tego należał do najlepiej wyszkolonych technicznie zawodników na swojej pozycji. Mimo to w kadrze był bez
szans, bo pewniakiem był Tomaszewski. Sam Burzyński mówił o swoim rywalu tak: „W lidze broni przeciętnie, ale w kadrze nigdy nie zagrał słabego meczu”. Według Andrzeja Czyżniewskiego, przyjaciela Burzyńskiego, ten miał żal, że nie pojechał na mundial do Argentyny, choćby w roli zmiennika. Wiedział, że jest w fantastycznej formie. Bramkarz Widzewa był próbowany w pierwszej reprezentacji dwukrotnie.
W 1976 roku zagrał w meczach z Argentyną (1:2) i Francją (0:2). Musiał zadowolić się grą w drużynie olimpijskiej prowadzonej przez Edmunda Zientarę. Również tam miał ogromny autorytet. Wybrano go nawet na przewodniczącego rady drużyny. Miał wówczas 31 lat i w perspektywie wyjazd do Anglii na zakończenie kariery. Jego znajomy z Gdańska, Andrzej Nowak, mówi, że od przenosin do Ipswich Town Burzyńskiego dzielił jedynie podpis na umowie. Zresztą na poczet transferu bramkarz pożyczył od Machcińskiego sporą sumę. Żona trenera była temu przeciwna, ale Machciński się uparł. Burzyński przyszedł do banku po pieniądze. Po południu poszedł jeszcze na towarzyskie spotkanie z jednym z masażystów. Wypili po kilka piw i kilka kieliszków wódki. Wieczorem bramkarz Widzewa pojechał z Gajdą do prowadzonego przez znajomego lokalu w podłódzkim Tuszynie. Wyprawa zakończyła się na skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich.
Podczas posiedzenia sądu prokurator Czesław Zalewski za znaczył, że „postępowanie oskarżonych 25 lutego otaczają nieprzyjemne opary niejasności i sprzeczności. Postępowanie obu piłkarzy przy wydatnej pomocy działaczy sportowych Widzewa, a zwłaszcza piłkarza Zbigniewa Bońka, poważnie utrudniło przebieg śledztwa i w konsekwencji uniemożliwiło bezsporne ustalenie wszystkich okoliczności”. Prokurator
zasygnalizował, że Boniek użył sztuczki. Nalał Burzyńskiemu nieco koniaku „na zdenerwowanie”. Efektem miało być wrażenie, że Burzyński prowadził na trzeźwo, a pił po fakcie. Sam bramkarz w sądzie utrzymywał, że poprzedniej nocy wypił do kolacji pół litra wódki, a u Bońka 100 gramów koniaku. I to wszystko. Sąd zorientował się, że kręci, bo wcześniej, podczas przesłuchania wstępnego, utrzymywał, że wypił ćwierć litra wódki z mirindą, a u Bońka około 200 gramów koniaku.
Zapytany w sądzie o stan Burzyńskiego, Boniek odpowiedział: „Mogę stwierdzić, że Burzyński był trzeźwy, na podstawie tego, że gramy w jednej drużynie”. Z kolei oskarżeni, zapytani bezpośrednio po wypadku, dlaczego uciekli z miejsca tragedii, odpowiedzieli, że nie mogli znieść widoku poszkodowanego, który dostał ataku konwulsji. Po naradzie z adwokatami zmienili wersję. Tym razem Burzyński miał obawiać się linczu: „Miałem zakodowane w pamięci, że zbiorowiska ludzkie reagują dwojako”. Obaj zawodnicy utrzymywali też, że znajdowali się jeszcze w stanie szoku. Dlaczego więc nie zgłosili się na komendę? Odpowiedzieli, że nie wiedzieli, której komendzie Milicji Obywatelskiej podlegają wypadki drogowe. Na niekorzyść Burzyńskiego miał świadczyć fakt, że podczas pierwszego przesłuchania Gajda przyznał, iż w styczniu obaj już raz jechali z Tuszyna po spożyciu alkoholu i nikomu nic się nie stało. Podczas procesu Gajda zmienił te zeznania i zaznaczył, że owszem, przed
Burzyńskim stały kieliszki, ale on nie widział, żeby jego kolega pił. Dla sądu było oczywiste, że te wszystkie wyjaśnienia i zwroty akcji są mało wiarygodne. Zmiany zeznań działały na niekorzyść oskarżonych.
Biegli z wydziału kryminalistyki z Komendy Wojewódzkiej MO w Łodzi stwierdzili, że gdyby bramkarz Widzewa jechał 70 km/h, miałby szansę wyminąć Olczyka, gdyby zaś prędkość wynosiła poniżej 64 km/h, zdołałby zatrzymać się przed staruszkiem. Stwierdzono bowiem, że kierowca powinien dostrzec Olczyka z odległości 40 metrów. Ale to wszystko przy założeniu, że byłby trzeźwy. Ostatecznie sąd uznał, że Burzyński jechał około 70 km/h, ale też stwierdził, że do wypadku przyczyniła się ofiara. Przyznano rację oskarżonym, że Olczyk w ostatniej chwili zawrócił.
Z tą wersją nie mogła pogodzić się rodzina zmarłego. Według nich do tragedii doszło na pasach, a potem bramkarz Widzewa wiózł Olczyka na masce. Sąd zaznaczył, że zachowanie ofiary nie powinno mieć jednak wpływu na reakcję kierowcy. Potem przez lata pojawiały się sugestie, że w samochodzie było więcej niż dwóch piłkarzy. Nigdy jednak nie dowiedziono, że sprawcy kogoś kryli.
Burzyński został uznany za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz ucieczki z miejsca zdarzenia. Gajda – ucieczki i nieudzielenia pomocy rannemu. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że „sprawcy musieli zdawać sobie sprawę, że obrażenia ofiary są poważne i mogą zagrażać jej życiu”. Ostatecznie Burzyński został skazany na dwa i pół roku więzienia i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na cztery lata. Na Gajdę nałożono grzywnę w wysokości 25 tysięcy złotych. Obaj musieli też ponieść koszta postępowania sądowego. Dodatkowo
GKKFiS zawiesił obu w prawach zawodników. Burzyński prosto z aresztu trafił do zakładu półotwartego w Choruli. Do południa pracował,
a potem trenował z Odrą Opole. Przez jakiś czas był wspierany finansowo przez kolegów z zespołu. Otrzymywał normalne premie meczowe za zwycięstwa Widzewa, żona zaś dostała propozycję pracy w Łodzi, ale wybrała życie w rodzinnej Gdyni. Bramkarz mimo to czuł się osamotniony i opuszczony.
Z napisanego 9 sierpnia 1980 roku listu Burzyńskiego do Jacka Machcińskiego wyłania się obraz odmienny od tego szeroko rozpowszechnianego w prasie (pisownia oryginalna): Prośba druga dotyczy spraw poważniejszych. Chodzi mi o obietnice, które zrobił prezes Sobolewski Boguśce. To co zrobił później, nazwałbym po imieniu, ale nie muszę, bo sam wiesz jak to się nazywa. Ostatecznie nie musiał nic obiecywać, a argumentować później w ten sposób jak to zrobił to… Nie spodziewałem się też odpowiedzi typu: „Staszek już nie jest zawodnikiem Widzewa no i niech wszystkie sprawy sobie sam załatwi”.
Pozostaje jeszcze sprawa przekazania moich papierów do Odry i sprawa kosztów sądowych. Myślę, że w/g obietnicy klub pokryje koszta sądowe, bo nie chciałbym żeby Bogusia musiała się użerać z komornikami. Co do Odry, to nic na razie nie wiem, pracuję normalnie w Krapkowicach [potem Burzyński pracował też w zakładach drobiarskich – przyp. MW] i nikt z klubu ze mną nie rozmawia. Poza tym był u mnie, przejazdem co prawda, Daroszewski i Kuźniak, ale jakoś żaden z nich nic mi nie powiedział o tej kombinacji z Odrą. No cóż, „murzyn zrobił swoje”…
Konsekwencje Zmienił go ten pobyt w areszcie. O ile w więzieniu bywało znośnie, o tyle areszt wykończył go psychicznie. Andrzej Czyżniewski zapamiętał, że Burzyński opowiadał mu potem, że nie spał po nocach. Miał w celi wielokrotnego mordercę, był przerażony. Można ten list Burzyńskiego uznać zarówno za przejaw ogólnego rozczarowania, ale też chwilowego zwątpienia. A może miał żal, że Widzew wymienił go na Młynarczyka, że w Łodzi już nikt na niego nie czeka?
Jednak z kilkudniowych wizyt w Gdyni, gdzie jeździł na przepustki, Burzyński wracał przez Łódź. Dowoziła go żona, a da lej zabierali koledzy, głównie Tadeusz Gapiński i Andrzej Grębosz. Przyjechał też w 1984 roku na mecz gwiazd Stary Widzew – Nowy Widzew. Pojawiła się również informacja, że próbował sił w RC Lens, dokąd pojechał na zaproszenie Mirosława Tłokińskiego, ale pomocnik Widzewa mówi, że była to jedynie
przyjacielska wizyta, która „raczej zdołowała Stasia, bo widział, co stracił”. Z więzienia Burzyński wyszedł pod koniec 1981 roku. Jego szczęście wiązało się z dramatem narodu. Wprowadzono stan wojenny i cele więzienne, jak przypuszczają koledzy bramkarza RTS-u, czyszczono z drobniejszych przestępców, złodziejaszków czy sprawców wypadków. Mieli je zapełniać opozycjoniści. Do Burzyńskiego wyciągnął rękę Marian Geszke, stary znajomy, który był teraz trenerem Bałtyku. Znali się z Arki i z Łodzi. Geszke pracował w ŁKS-ie, gdy Burzyński przeżywał swoje
najlepsze chwile z Widzewem.
Znajomi mówią, że w tym czasie Burzyński dobrze się trzymał. Czasem skoczył na piwko, ale nie przesadzał. Dopiero pod sam koniec alkohol zeżarłgo niczym nowotwór. Zmarniał tak szybko, że nie był już nawet cieniem siebie. Ale to wszystko w środku. Owszem, widywano go pijanego dość regularnie, ale nie został kimś, kogo określa się mianem pijaczka. Na zewnątrz do końca pozostawał szykownym, dobrze ubranym mężczyzną, niemal takim samym jak 20 lat wcześniej, gdy zaczynał karierę, tyle że teraz nawet lepiej zbudowanym. Gdyby ktoś go nie znał, powiedziałby, że to człowiek, który pracował ciężko fizycznie. Za tą fasadą ukrywał się jednak ktoś przegrany. Widywano go na Świętojańskiej w jednym z lokali, gdzie miejscowe lumpy mogły podpytać go o czasy Wielkiego Widzewa, o Bońka, Smolarka, Tłokińskiego. O wszystkich tych, którzy wyjechali na Zachód i ułożyli sobie życie. Już od dłuższego czasu nie utrzymywał regularnych kontaktów z kolegami. Nie chciał grać
w drużynach oldbojów Arki i Lechii. Jego znajomi podejrzewają, że się wstydził. Pracował w Komunie Paryskiej, jak mówili mieszkańcy Gdyni o swojej stoczni. Zajęcie załatwiła mu teściowa i było to przyzwoite stanowisko brygadzisty. Nie mógł narzekać. Poza tym został zatrudniony blisko domu. A jednak nie była to praca jego marzeń. Nic nie byłoby już pracą jego marzeń. Ta jedna jedyna przepadła przed laty.
Andrzej Nowak: – To nie wypadek czy alkohol zabiły Stasia, ale ten niedoszły transfer do Ipswich. Był tak blisko. Mógł być kimś, a został przegranym. Tak się czuł. Nigdy tego nie powiedział, ale i nie potrafił ukryć, że siedzi w nim poczucie goryczy. W życiu radził sobie nawet dobrze, normalnie i uczciwie pracował, ale nie umiał sobie poradzić ze swoją straconą szansą. Czyżniewski, który ma na koncie próby samobójcze: – Czasami widziałem go, jak siadał przy piwku. Patrzyłem i myślałem sobie, że dla niego czas się zatrzymał, że wciąż jest w Widzewie, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a on zaraz wyjedzie do Anglii. Wtedy tego nie wiedziałem, ale po latach, mając własne
doświadczenia, zorientowałem się, że Stasiu był w głębokiej depresji. Był chory i potrzebował pomocy. Ale gdy chcieliśmy mu pomóc, on to odrzucał. Miał z tym kłopot. Zawsze był na piedestale, to wokół niego wszystko się kręciło. I to przejście na drugą stronę, gdy już nie był
tak rozpoznawalny, gdy musiał zacząć inaczej żyć… Nie był przygotowany do tego, że trzeba inaczej zarabiać. Nie mógł znaleźć sobie miejsca po zakończeniu kariery. Na mawiałem go, żeby zrobił papiery trenera, chociaż instruktora, żeby trenował młodych bramkarzy. Ale nie chciał iść tą drogą, nie wiem dlaczego…
Burzyński stał się symboliczną ofiarą swoich czasów. Jednym z tych, którzy żyli na świetnym poziomie, żeby pod koniec kariery zorientować się, że nikt nigdy nie zapłacił za nich żadnej składki emerytalnej. Musiał zaczynać wszystko od nowa. W wieku 40 lat i bez wyuczonego zawodu oraz doświadczenia. Czyżniewski: – Na zgrupowaniach mieszkaliśmy razem w pokoju. Rozmawialiśmy i on wtedy pytał: „Dlaczego ten facet się zawrócił, dlaczego?”. Burzyński wyskoczył przez okno swojego mieszkania, znajdującego się na dziewiątym piętrze wieżowca na gdyńskiej Chyloni, 5 października 1991 roku”.
O książce:
Wielki Widzew to drużyna, która połączyła całe pokolenia kibiców, ponieważ stoczyła niezapomniane boje w europejskich pucharach z gigantami futbolu, takimi jak Liverpool czy Juventus. To one zbudowały legendę drużyny z Łodzi. „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” to książka o ekipie, która połączyła całe pokolenia kibiców i do teraz nie ma sobie równych, jeśli chodzi o występy polskich zespołów w europejskich pucharach. A jak przekonuje autor, „dziś taka drużyna nie miałaby prawa istnieć”: Kup TUTAJ.
#artykulsponsorowany






Wisła Płock
Górnik Zabrze
Jagiellonia Białystok
Zagłębie Lubin
Cracovia
Raków Częstochowa
Korona Kielce
Radomiak Radom
Lech Poznań
Motor Lublin
Lechia Gdańsk
Piast Gliwice
GKS Katowice
Pogoń Szczecin
Arka Gdynia
Widzew Łódź
Legia Warszawa
Termalica Nieciecza 
Legia II Warszawa
Warta Sieradz
ŁKS Łomża
Ząbkovia Ząbki
Wigry Suwałki
Wisła II Płock
Świt Nowy Dwór Maz.
Broń Radom
KS CK Troszyn
Lechia Tomaszów Maz.
Olimpia Elbląg
Widzew II Łódź
Jagiellonia II Białystok
GKS Bełchatów
Mławianka Mława
GKS Wikielec
KS Wasilków
Znicz Biała Piska
Zgadzam się, Tomaszewski w lidze bronił mocno przeciętnie by nie rzec słabo. Wielu w tamtych czasach dziwiło się czemu tak słaby ligowiec gra / jest pierwszym w reprezentacji….
Super książka, polecam każdemu przeczytać i na dodatek pięknie zdobi domową biblioteczkę.