A czy Ty kupiłeś już książkę o Krzysztofie Surlicie?
17 października 2026, 15:52 | Autor: Bercik
Zanim Krzysztof Surlit stał się ważną postacią wielkiego Widzewa, godzinami kopał piłkę ze starszym o sześć lat Wiesławem na podwórkach w Zelowie. Ich wspólna gra obrosła lokalnymi legendami, a później obaj niemal w tym samym czasie trafili do łódzkiego klubu.
To właśnie Wiesław miał zwrócić uwagę działaczy na talent młodszego brata, który jako niespełna 18-latek szybko zaczął wyróżniać się w rezerwach i drużynach młodzieżowych, o czym wspomnieli Kamil Kijanka i Dariusz Postolski w książce „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter”.
Fragment:
Łodzianie po zajęciu dziesiątego miejsca w lidze nabrali apetytu na więcej. Zmiany były nieuniknione. W zespole Widzewa pojawiło się kilka nowych twarzy, między innymi Krzysztof Kamiński, pozyskany z A-klasowej Żyrardowianki. Miał świadomość, że jego nowy zespół złożony jest z niezwykle silnych osobowości.
– Wiedziałem, że wchodzę do niezwykle „mocnej” szatni, zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę nazwiska, jak i siłę oddziaływania. Był tam także Krzysiu. Kiedy przywitaliśmy się pierwszy raz, od razu dobitnie to odczułem. Miał niesamowicie silny uścisk ręki, dosłownie imadło w łapie. Mniej więcej trzy lata później wziąłem ślub i pojawił się w związku z tym pewien problem: zacząłem nosić obrączkę, ale dla własnego bezpieczeństwa musiałem ją po prostu zdejmować, bo Krzysiek ściskał dłoń na powitanie tak mocno, że istniało realne ryzyko kontuzji. Obrączka poszła więc do szafy i nie noszę jej do dziś, choć Krzysia nie ma już z nami od tylu lat. Chyba się przyzwyczaiłem. Żona to zaakceptowała i nie ma na szczęście żadnych zastrzeżeń.
Kamiński od samego początku chciał udowodnić, że pasuje do drużyny i nie pęka. Przekonać miał się o tym nawet taki twardziel jak Krzysztof.
– Pamiętam jeden z moich pierwszych treningów w Widzewie. Wokół same tuzy, a trzeba było udowodnić swoją wartość. Grałem przeciwko Krzyśkowi i postanowiłem mu się postawić. Był taki moment, że mocno powalczyliśmy. Zderzyliśmy się, i co było dla mnie dość zaskakujące, przy tej okazji się przewrócił. Zamarłem. Popatrzył na mnie dość wymownie i z ogromnym spokojem powiedział: „No, no człowieku… To teraz uważaj”. Wolałem nie sprawdzać, co to może znaczyć. Wiedziałem, że nie żartuje. Oddaliłem się na drugą stronę boiska…
Łódzki dziennikarz Wojciech Filipiak potwierdza: – Krzysztof był niezwykle silny. Strach było mu rękę podawać, bo dosłownie ją miażdżył.
Kiedyś, bynajmniej nie przypadkowo, doprowadzono do spotkania Krzysztofa Surlita z Tomaszem Jagodzińskim, wtedy dziennikarzem sportowym, który również uchodził za człowieka posiadającego niezwykle mocny uścisk dłoni. Powitanie uznano za remisowe, choć na twarzach obydwu siłaczy widać było ból i niezwykły wysiłek.
Jeśli ktoś myślał, że uda mu się uniknąć wątpliwej przyjemności powitania z Krzysztofem, musiał się rozczarować. Surlit miał w zwyczaju stawać przy drzwiach wejściowych, by konfrontacja była nieunikniona.
Ale owo imadło w rękach niekiedy przydawało się też innym. Kiedy ktoś miał problem z odkręceniem korków w obuwiu, prosił o pomoc Surlita, a ten bez większego wysiłku potrafił uporać się z tego typu wyzwaniem. Paweł Łagowski, wieloletni kierowca Widzewa, wspomina jeszcze
inną historię:
– Podróż po zwycięskim meczu wlokła się niemiłosiernie. Część chłopców spała, część rozmawiała, a kilku grało w karty. Niebawem okazało się, że wyprawa przedłuży się co najmniej o kilka godzin, bo złapaliśmy gumę. Zanosiło się na dłuższy postój. Wyskoczyłem z pojazdu i bezskutecznie próbowałem odkręcić śruby mocujące koło. Wtedy z pomocą pospieszył Krzysiek Surlit. Chwycił klucz i przytrzymał
śruby, które momentalnie puściły. Przed nim próbowało już kilka osób, lecz dopiero jemu się udało.
Łagowski twierdzi, że takich sytuacji było kilka i zawsze z opresji ratował ich właśnie Surlit. Żartuje też, że nie podawał pomocnikowi na powitanie ręki, wiedział bowiem, jak to się może skończyć dla jego dłoni.
O książce:
Historia kariery Surlita została okraszona jego zapiskami z meczów, w których wystąpił w rodzimych rozgrywkach, a także we Francji i Finlandii. Pracowitość, hart ducha i boski dar w postaci kopnięcia uczyniły go legendą Widzewa, której żywot zakończył się identycznie jak Pete’a Maravicha. Zelowianin zmarł na boisku, w meczu zespołu Gwiazd Piłki Nożnej z oldbojami Pogoni Szczecin. Pozostawił po sobie wspomnienia, anegdoty i frapujące opowieści opisane w książce „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter”. Książkę znajdziecie w księgarni LaBotiga TUTAJ.








Górnik Zabrze
Lech Poznań
Legia Warszawa
Pogoń Szczecin
GKS Katowice
Wisła Kraków
Piast Gliwice
Korona Kielce
Zagłębie Lubin
Jagiellonia Białystok
Motor Lublin
Cracovia
Wisła Płock
Widzew Łódź
Wieczysta Kraków
Radomiak Radom
Śląsk Wrocław
Raków Częstochowa 
KTS Weszło Warszawa
Wigry Suwałki
Pelikan Łowicz
Mazovia Mińsk Maz.
Wisła II Płock
Ząbkovia Ząbki
Świt Nowy Dwór Maz.
Olimpia Zambrów
Olimpia Elbląg
Jagiellonia II Białystok
Warta Sieradz
ŁKS II Łódź
Widzew II Łódź
Lechia Tomaszów Maz.
Mławianka Mława
Polonia Lidzbark Warm.
KS CK Troszyn
ŁKS Łomża
Fajne anegdoty o uścisku o dłoni