Czwórka, której już nie ma…

29 października 2026, 18:03 | Autor:

Zbigniew Boniek z sentymentem wraca do meczu, który rozegrał dla Widzewa przeciwko Juventusowi w listopadzie 1980 roku. Wówczas RTS-u poleciał do Turynu i w dramatycznych okolicznościach wywalczył awans do trzeciej rundy Pucharu UEFA.

Przy okazji wspomnień o tamtym starciu z Juve, Boniek opisał cztery wielkie postacie, których nie ma już wśród nas w książce „Mecze mojego życia” – TUTAJ. 

Fragment:

„Zdarza mi się często wracać myślą do tego meczu w Turynie, oglądam go na archiwalnych taśmach, czasami coś o nim przeczytam we wspomnieniach kolegów. Przeglądając niedawno skład Widzewa, doszedłem do bardzo smutnego wniosku: czterech ludzi, z którymi miałem przyjemność i zaszczyt współpracować nie tylko na Stadio Comunale, już odeszło…

Nie ma już z nami trenera Jacka Machcińskiego, który prowadził nas w tym meczu. Miał wówczas niespełna 33 lata – niesamowite i nie do wyobrażenia w dzisiejszej piłce. Wtedy było jednak inaczej. Kadrę narodową obejmowali ludzie tuż przed czterdziestką (Jacek Gmoch) lub tuż po niej (Antoni Piechniczek), w lidze działali 30-latkowie: Janusz Pekowski (m.in. Lech, Arka, Lechia, Widzew) i Jerzy Kopa (Lech, Szombierki, Stalowa Wola). Czy ówcześni prezesi byli odważniejsi, stawiając na takich trenerskich małolatów? Nie sądzę. To nie była kwestia odwagi, ale raczej wielka liczba dobrych i bardzo dobrych piłkarzy w ówczesnej polskiej piłce. Nawet młody, niedoświadczony szkoleniowiec mógł liczyć na sukcesy, pracując z gromadą świetnych zawodników. W końcu to piłkarze kreują wielkość trenera, a nie odwrotnie… Moje pokolenie to dzieci ulicy i podwórka, ludzie wiedzący, czego chcą, i kochający futbol, a nie adepci akademii, którzy mają zupełnie inne podejście do piłki i życia.

Wracając do Jacka Machcińskiego – kiedy pojawiłem się w Widzewie, był drugim trenerem i bardzo mi wówczas pomógł. Po treningach pokazywał mi Łódź, szukał ze mną mieszkania do wynajęcia, pokazywał mi, gdzie mogę kupić meble. Był otwarty na drużynę, a jednocześnie bardzo twardy, wymagający i bezkompromisowy. Potrafił budować siłę, wytrzymałość, szybkość – na tej bazie wykuwaliśmy dobrą formę. Nie uznawał półśrodków. Może dlatego poza Ruchem Chorzów (mistrzostwo Polski) w innych klubach nie odnosił jakichś spektakularnych sukcesów. W Widzewie potrafił jednak szybko znaleźć wspólny język z najbliższymi współpracownikami i starszyzną zawodników, z czego uczynił trenerski atut.

Czuł szatnię jak mało który szkoleniowiec. Kiedy do Widzewa z Polonii Warszawa przyszedł napastnik Marek Filipczak, Jacek szybko potrafił pokazać mu miejsce w szeregu. Widząc, że Marek marszczy brwi i cicho kaszle, gdy niektórzy starsi zawodnicy palą papierosy w szatni, Machciński zareagował błyskawicznie. „Widzę, że przeszkadza ci, że niektórzy popalają w szatni… Uważaj, możesz mieć kłopoty w zespole” – przestrzegł nowego. Takie to były czasy. Dziś z rozbawieniem, a może i z małą nutką odrazy oglądam stare, wyblakłe fotografie, na których siedząc w szatni w sportowym stroju tuż po rozegraniu jakiegoś meczu, zaciągam się papierosem w towarzystwie Józia (Młynarczyka) i Andrzeja (Grębosza).

Nikt nie jest przygotowany na śmierć kogoś bliskiego. Żaden moment nie jest dobry na taką wiadomość. Nie mogłem uwierzyć, kiedy w 2007 roku dotarła do mnie informacja o śmierci Krzyśka Surlita podczas meczu oldbojów w Szczecinie. To był zdrowy, silny chłop z niesamowitym imadłem w ręku – jeśli nie przygotowałeś się na jego uścisk dłoni przy powitaniu, mogło skończyć się to zmiażdżeniem palców. Choć prawdę mówiąc, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy na treningu Widzewa, nie spodziewałem się, że zrobi takie postępy. Miał jednak zdrowie do biegania i fantastyczne uderzenie z dystansu, zdobywał bramki w meczach pucharowych, m.in. z Manchesterem United i Juventusem. Kiedy przyznawano nam rzut wolny z 25–30 metrów, nikt z nas, widzewiaków, nawet nie podchodził do piłki. To była robota dla Krzysia. Jak piłka dobrze mu siadła na nodze, to bramkarz mógł sobie odpuścić. Podobno był bliski wyjazdu z reprezentacją narodową na finały mistrzostw świata w Argentynie, ale trener Gmoch nie włączył go ostatecznie do składu.

Najbardziej zażyłe relacje koleżeńskie w Widzewie miałem z Markiem Piętą. On był z Wałbrzycha, ja z Bydgoszczy, więc naprawdę połączył nas klub. Na boisku Marek był niesamowicie szybki, twardy, waleczny. Świetny też był z niego kumpel, specjalista od organizowania prywatek i potańcówek. Miał żonę Irenkę – tworzyli bardzo sympatyczną, niezwykle gościnną, ciepłą parę. Często po udanym meczu lubiliśmy wspólnie poświętować. Mieliśmy zresztą fajną paczkę od wspólnego spędzania czasu poza klubem, którą tworzyli Zito Rozborski, Piętowie, Jasiu Marchewka, Gręboszowie i my, Bońkowie. Marek dość długo chorował i cierpiał. Odszedł w 2016 roku.

Za to śmierć Włodka Smolarka w 2012 roku była dla mnie totalnym zaskoczeniem. Po moim odejściu z Widzewa nasze drogi trochę się rozeszły, ale kiedy grał i mieszkał w Rotterdamie, pewnego dnia zadzwoniłem do niego, a on na wstępie powiedział mi z dużą dozą nieufności: „Zbyszek, to ty? Nie poznaję cię po głosie. Daj mi swój numer telefonu (mieszkałem już we Włoszech), to oddzwonię”. Nie wiem, czy żartował, czy faktycznie mnie nie poznał. Włodek był moim najbliższym boiskowym partnerem nie tylko w Widzewie, ale i w reprezentacji. Piłkarze z Widzewa – nasza dwójka i Władek Żmuda oraz Józek Młynarczyk – tworzyli kręgosłup narodowej jedenastki. Razem przeżyliśmy dziesiątki meczów, wyjazdów, zgrupowań, imprez, wygłupów, żartów. Zawsze trzymaliśmy się razem, byliśmy ze sobą na dobre i na złe.

Może brzmi to banalnie, ale wszyscy czterej bohaterowie meczu z Juve odeszli za wcześnie. Mój – nasz – Widzew nazywano drużyną z charakterem, bo to był zespół mocnych ludzi, czasami rozbójników, ale zawsze serio traktujących boisko i rywali. Nigdy nie pękaliśmy i nie klękaliśmy, choćby przed najpoważniejszym, najbardziej doświadczonym rywalem.

A dzięki między innymi takim meczom jak ten w Turynie staliśmy się drużyną lubianą w całej Polsce i budzącą respekt w Europie. Sam też odczuwam dumę i satysfakcję, kiedy przeglądam swoje statystyki z siedmiu lat występów dla Widzewa.

Byłem z tym klubem dwa razy mistrzem Polski, trzy razy wicemistrzem, raz byłem piąty. Raz zaś zajęliśmy 10. miejsce w lidze. Nieźle, tym bardziej że przychodziłem do małego, dzielnicowego klubu bez żadnego wielkiego sponsora, co w tym czasie znaczyło – bez związków z aparatem władzy. To było po prostu Robotnicze Towarzystwo Sportowe z bardziej niż skromnym stadionem. Atmosferę na tym niepozornym obiekcie zrobili jednak ludzie: przede wszystkim piłkarze, trenerzy, kibice. Projekt Widzew powstał w głowie wielkiego prezesa Ludwika Sobolewskiego i wypalił w 100 procentach. A ja do dziś mam satysfakcję, że mogłem w jego budowie bardzo pomóc”.

Informacje o książce:

Dokładnie sześć lat temu ukazała się książka Zbigniewa Bońka i Janusza Basałaja „Mecze mojego życia”, w której legendarny piłkarz opisuje kulisy najważniejszych spotkań w swojej karierze. Właśnie wystartowała sprzedaż nowego wydania wspomnień, zaktualizowanych o
wywiad dotyczący życia „Zibiego” i piłkarskich wydarzeń ostatnich lat. Książka ma również nową okładkę, a każdy egzemplarz wydany w serii SQN Originals został własnoręcznie podpisany przez autorów.

Zamów „Mecze mojego życia” w nowej odsłonie na LaBotiga.pl – TUTAJ

– każdy egzemplarz zawiera autograf Zbigniewa Bońka i współautora, Janusza Basałaja,

– do treści książki dodana została „rozmowa jubileuszowa” przeprowadzona w kwietniu 2026 roku, w której Boniek odnosi się do wydarzeń ostatnich sześciu lat, m.in. swojej wiceprezydentury w UEFA czy reprezentacji Polski pod wodzą Jana Urbana,

– książka ma nową okładkę, nawiązującą do legendarnych koszulek z hiszpańskiego mundialu w 1982 roku,

– z kodem TRZECI50 trzeci produkt Wydawnictwa SQN w koszyku z 50% rabatem.

foto: M. Kowal; zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum autorów; wszelkie prawa zastrzeżone ©️

Google
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł Google
Subskrybuj
Powiadom o
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Stary kibic
3 godzin temu

W tamtych czasach 30-latkowie byli dojrzalsi, często ojcowie już kilkorga dzieci, na 42 metrach w bloku z płyty, zdarzało się, że na 28, kilka razy w tygodniu spędzali godziny w kolejkach za mięsem, albo cukrem, płaconymi pieniędzmi i kartkami żywnościowymi. To była codzienna walka o to, żeby żona miała co do garnka włożyć. Wtedy, żeby kupić nowy samochód trzeba było mieć nie tylko pieniądze, ale też tzw talon. Dzisiejsi 30 latkowie grają w Play station, mają pieski i kotki zamiast dzieci, zakupy robią przez internet a codziennym wyzwaniem staje się odebranie gotowej wyżerki od kuriera. Taka subtelna różnica.

Last edited 3 godzin temu by Stary kibic
lol
Odpowiedź do  Stary kibic
1 godzina temu

Gdyby 30-latkowie z „tamtych czasów” żyli obecnie, to robiliby dokładnie to samo co współcześni 30-latkowie…

2
0
Would love your thoughts, please comment.x