Trwa akcja promocyjna w księgarni LaBotiga
11 lutego 2026, 19:33 | Autor: Bercik
Był piłkarzem kontrowersyjnym, lubiącym nocny tryb życia, ale bez niego Widzew nie wygrałby wielu meczów. Jego gole, wygrane pojedynki jeden na jednego i waleczny charakter budowały tożsamość zespołu Wielkiego Widzewa. Pobyt tego ponadprzeciętnego pomocnika i człowieka trudnego do okiełznania w Łodzi opisał Marek Wawrzynowski w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”.
Fragment:
Pomocnika Tadeusza Błachnę Jezierski wyciągnął z rezerw Legii. Potrzebował wojownika do środka pola. Oddał za niego Władysława Dąbrowskiego, co działacze Legii uznali za świetny interes. Zresztą słusznie, bo Błachno nie był im potrzebny, a Dąbrowski, zanim wrócił do
Widzewa, został jednym z ulubieńców publiczności na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej. W ciągu czterech sezonów strzelił dla Legii 50 goli. W Widzewie się kisił. Nie lubił łódzkiego klimatu. Pochodził z Grodziska Mazowieckiego i znacznie bliżej mu było do stolicy, czuł się warszawiakiem. Dla niego Łódź oznaczała niewiele więcej ponad spacery po ulicy Piotrkowskiej. Do tego był typem samotnika, po treningu pakował rzeczy i szedł do domu. To uczucie towarzyszyło w późniejszych latach kilku innym warszawskim piłkarzom.
Poza tym Jezierski potrzebował raczej gladiatora, a więc właśnie kogoś takiego jak Błachno, bo był to zawodnik unikalny, który nie dawał przeciwnikowi wytchnienia i mógł by zagrać dwa mecze z rzędu, bo – jak zwykło się mówić – nie odczuwał zmęczenia. Porównywali go do
Alfreda Olka z Górnika Zabrze, co było wielkim zaszczytem. Błachno szczególnie przydawał się w trudnych momentach, gdy drużyna nie potrafiła się podnieść. Ale w Legii pochodzący z podkrakowskiej Skały piłkarz nie miał przyszłości.
– Kiedyś wszedłem do szatni, na fotelu siedział Deyna i powiedział: »A ty, młody, gdzie się pakujesz. Won na korytarz!«. Musiałem nosić rzeczy. Byłem rozczarowany, bo czułem się lepszy od wielu osób, ale nie dostałem szansy. Któregoś dnia działacze się dogadali, przyjechała czarna wołga i mnie do niej zapakowano. Jak tato Jezierski mnie wziął, to w sparingu od razu zdobyłem dwie bramki – mówi Błachno, wkrótce jeden z najważniejszych ludzi w zespole, płuca Widzewa.
Gdy przyjechał do Łodzi ogolony na łyso, wzbudzał wyglądem szacunek nawet wśród miejscowej łobuzerki.
– Jak wszedłem do Grand Hotelu, to poprosiłem o pół kurczaka. Baba spojrzała na mnie, jakbym chciał zjeść i nie zapłacić. Obok pracowali więźniowie przy torach tramwajowych, myślała, że jestem jednym z nich – opowiada.
(…)
Dwadzieścia minut przed końcem, przy stanie 1:0 dla ŁKS-u, sędzia Ewald Greiner odgwizdał karnego dla Widzewa. Nikt nie chciał podejść do piłki. Tadeusza Błachnę koledzy wypchnęli niemal siłą. Bał się. Stanął naprzeciwko człowieka, który już wtedy był legendą. Króla Łodzi.
– Z jednej strony pan Jan Tomaszewski, bo dla mnie to był pan, jeden z najlepszych bramkarzy świata. Z drugiej ja, wieśniak ze Skały. Ale zaproponowałem: »Panie Janku, może o koniaczek?«.
Zgodził się. Podszedłem… Strzeliłem. On rzucił się w drugą stronę – opowiada Błachno.
Osiemnaście minut przed końcem meczu ŁKS remisował z Widzewem 1:1. Wciąż jednak zawodnicy ŁKS-u byli przeświadczeni o swojej wyższości. Za nimi stała historia i przede wszystkim doświadczenie. To byli piłkarze pierwszoligowi, w składzie występowało kilka ligowych gwiazd, a w bramce stał bohater drużyny narodowej. Z drugiej strony wyszli na boisko ambitni piłkarze, którzy wielki futbol znali głównie z telewizji i z wizyt na stadionie swojego rywala, gdzie oglądali kolegów, z którymi przegrali rywalizację o miejsce w futbolu. Ludzie, których trenerzy ŁKS-u uznali za straconych dla poważnej piłki.
Czy można się tak pomylić w przypadku aż tylu osób?
– Nie znali Widzewa. Szybko zdobyli bramkę i byli chyba przekonani, że jest już po nas – mówi Tadeusz Błachno.
Pomocnik Widzewa w drugiej połowie pierwszych od 27 lat derbów Łodzi rozegrał mecz życia. Najpierw strzelił karnego i wygrał butelkę alkoholu. On pamięta, że był to koniak, ale utarło się, że chodziło o szampana.
– Butelkę postawiłem później podczas wspólnej imprezy – mówi Tomaszewski, który uważa, że karny Widzewowi się nie należał. – Potem inaczej na to patrzyłem. Szefowie Widzewa przynosili sędziom różne prezenty, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Karny był, że tak powiem, mocno kontrowersyjny. Przy rzucie rożnym jeden z rywali [Błachno – przyp. MW] cały czas mnie przytrzymywał. Powiedziałem: „Panie sędzio, czy pan widzi, co on robi?”. Arbiter odparł: „Spokojnie, wszystko widzę”. Gdy oni wykonywali rożny, wyskoczyłem do piłki, byłem przytrzymywany. Sędzia gwizdnął, więc przyklasnąłem i krzyknąłem: „Bardzo dobrze, panie sędzio”. Dopiero chwilę później zorientowałem się, że sędzia pokazał na jedenasty metr. Tymczasem z mojej strony w ogóle nie było kontaktu.
Widzewiacy utrzymują, że bramkarz ŁKS-u ma problemy z pamięcią. W relacjach prasowych z tamtego okresu dziennikarze nie mieli wątpliwości co do karnego.
Błachno, bohater Widzewa:
– Po pierwszym meczu [0:2 z Pogonią Szczecin – przyp. MW], gdy przeciwnicy ograli nas, jak chcieli, byliśmy w dołku. Zrobiliśmy więc zgrupowanie w Pabianicach, które nas zmobilizowało. I zagraliśmy znacznie lepiej. A pod koniec spotkania strzeliłem jeszcze z dystansu, odbiło się rykoszetem, zmyliło pana Tomaszewskiego i to był nasz wieczór na mieście”.
Był we własnym mniemaniu królem Łodzi. Wraz ze swoim nieodłącznym towarzyszem przygód, Henrykiem Dawidem, bywali na salonach i podrzędnych salonikach, gdy ich stan nie pozwalał pokazać się w dobrym towarzystwie, a właśnie do takiego stanu doprowadzali się najczęściej. Któregoś razu do domu odwozili ich zaprzyjaźnieni z klubem milicjanci. Błachno, choć ledwo widział, zauważył, że pomylili drogę.
– Jak, ku**a, jedziesz, baranie! – wykrzyczał.
Znowu wylądował za kratami.
Błachno był na dłuższą metę nie do zatrzymania. Zawodnicy wspominają też inną sytuację: pewnego razu, jeszcze za czasów Jezierskiego, zniknął ze zgrupowania w Spale. Nie było z nim kontaktu. Po kilku dniach wparował brudny, spocony, ale też wyraźnie podekscytowany.
– Co się z tobą dzieje?! – wykrzyczał Jezierski.
– Nic, nic, wpadłem tylko się przebrać – rzucił Błachno, wszedł do pokoju i za godzinę wyszedł pachnący, elegancko ubrany, gotowy do kolejnego podboju łódzkich ulic.
Jezierski patrzył na tę scenę trochę zgorszony, ale chyba bardziej zaszokowany, bo nie zareagował. Błachno, choć znikał niczym kot, był niezwykle istotnym graczem RTS-u.
Błachno, choć znikał niczym kot, był niezwykle istotnym graczem RTS-u. „Zito” Rozborski uważa, że „to najbardziej niedoceniany zawodnik tego zespołu i zarazem jeden z najważniejszych”. To właśnie Błachno zdobył bramkę w meczu uznanym za jeden z istotniejszych w pierwszym sezonie. Wyrównał na 1:1 w Warszawie z Legią, co dla piłkarzy miało znaczenie symboliczne, bo było potwierdzeniem ich dobrej pracy. Pomocnik Widzewa uderzył wtedy potężnie głową. Musiało go boleć – gdy o ósmej rano zawodnicy wyjeżdżali na mecz, ledwo przytomnego piłkarza doprowadzono na zbiórkę z izby wytrzeźwień. Twarz miał jeszcze mokrą od lodowatego strumienia wody, który serwowano pijaczkom na poranne przebudzenie. Z nim problemy były zawsze i właściwie przestały być problemami, gdy stały się codziennością. Ale sytuacja przed meczem z Wisłą okazała się ważna dla zespołu. Zjednoczyła piłkarzy, dała im nowy impuls.
Uważa, że Machciński usunął go w ramach rewanżu. W starych czasach doszło do poważnej sprzeczki między zawodnikami i teraz Machciński miał uznać, że utrzymywanie w drużynie Błachny będzie godziło w jego autorytet. Przynajmniej tak widzi to piłkarz.
– Jeszcze za czasów Leszka Jezierskiego, pod koniec jego kadencji, przyjechał do nas na obserwację trener z Bułgarii [Georgi Berkow z Beroe Stara Zagora – przyp. MW]. Raz wpadł do nas do pokoju z flaszką. Wypiliśmy na pół, Jacek się dowiedział i powiedział o tym trenerowi Jezierskiemu. Potem kilkakrotnie publiczne mu to wypomniałem i chyba mi to zapamiętał – mówi Błachno.
Sam Machciński nie kojarzy takiej sytuacji.
– Błachno nie nadawał się już do gry na tym poziomie z powodu kontuzji – wyjaśnia.
Faktycznie, Błachno miał problemy z kręgosłupem. Sytuacja pogorszyła się po obozie w Puławach, który był, jak mówi Machciński, jednym z największych wyzwań w jego pracy trenerskiej.
A to dlatego, że piłkarze mieszkali na pierwszym piętrze, na drugim zaś zainstalowała się drużyna piłkarek ręcznych. Któregoś dnia trener dziewcząt został pilnie wezwany do Warszawy i zawodniczki, w większości nieletnie, zostały same.
Przy drużynie złych chłopców przypadła im rola owieczek prowadzonych na rzeź. Dlatego proszeni o opiekę trenerzy Widzewa pilnowali wszelkich wejść na górę. Błachno postanowił ominąć przeszkodę i zaczął wdrapywać się po rynnie. Skończyło się upadkiem z pierwszego
piętra i po ważnym urazem”.

Wielki Widzew to drużyna, która połączyła całe pokolenia kibiców, ponieważ stoczyła niezapomniane boje w europejskich pucharach z gigantami futbolu, takimi jak Liverpool czy Juventus. To one zbudowały legendę drużyny z Łodzi. „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” to książka o ekipie, która połączyła całe pokolenia kibiców i do teraz nie ma sobie równych, jeśli chodzi o występy
polskich zespołów w europejskich pucharach. A jak przekonuje autor, „dziś taka drużyna nie miałaby prawa istnieć” – KUP TUTAJ.
Fot. M. Kowal; zdjęcie zostało wykorzystane na potrzeby promocji książki; wszelkie prawa zastrzeżone
#artykulsponsorowany #wspolpraca #reklama







Jagiellonia Białystok
Wisła Płock
Górnik Zabrze
Zagłębie Lubin
Cracovia
Raków Częstochowa
Lech Poznań
Radomiak Radom
Korona Kielce
Piast Gliwice
GKS Katowice
Lechia Gdańsk
Motor Lublin
Pogoń Szczecin
Arka Gdynia
Legia Warszawa
Widzew Łódź
Termalica Nieciecza 
Legia II Warszawa
Warta Sieradz
ŁKS Łomża
Ząbkovia Ząbki
Wigry Suwałki
Wisła II Płock
Świt Nowy Dwór Maz.
Broń Radom
KS CK Troszyn
Lechia Tomaszów Maz.
Olimpia Elbląg
Widzew II Łódź
Jagiellonia II Białystok
GKS Bełchatów
Mławianka Mława
GKS Wikielec
KS Wasilków
Znicz Biała Piska
Bez Was nie byłoby nas tutaj… Szacunek na zawsze !
To prawda,dodam tylko, że na treningu trzeszczały kości.Nie było odstawiania nogi.Na tym rodził się Widzewski charakter.
Pamiętam Błachnę jak grał, był bardzo szybki i bardzo waleczny, nie do zatrzymania na skrzydle, żelazne płuca. Również dzięki Niemu Widzew to Drużyna z charakterem. A tak na marginesie jak teraz Bukari wart jest 5mln euro, to Błachno powinien być wart 20 mln. Taka jest między nimi różnica.