Nieznane fakty z kariery i życia legendy Widzewa. Poznaj historię Krzysztofa Surlita
23 września 2026, 20:01 | Autor: Bercik
Był jednym z filarów drużyny, która grała bez kompleksów przeciwko Manchesterowi United, Liverpoolowi i Juventusowi. Krzysztof Surlit zachwycał potężnym strzałem i walecznością. Idealnie wpasował do Wielkiego Widzewa przełomu lat 70. i 80.
Jego drogę z małego Zelowa do Łodzi, występy na największych europejskich stadionach, a także mecze rozegrane we Francji i w Finlandii, przedstawili dziennikarze Dariusz Postolski i Kamil Kijanka w oparciu o notatnik sportowy piłkarza, który przez wiele lat pozostawał niedostępny nawet dla najwierniejszych kibiców Widzewiaków. Dzięki niemu powstała niezwykła opowieść „Krzysztof Sulit. Widzewski charakter” o człowieku, który przez całą karierę dawał z siebie wszystko na boisku i właśnie na nim spędził ostatnie chwile swojego życia.
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN w serii Originals i jest dostępna wyłącznie w księgarni LaBotiga.pl TUTAJ.
Fragment książki:
Krzysztof nie był przesadnie towarzyski i trzymał się raczej z boku. Zdaniem jego najbliższych i kilku kolegów z drużyny młodszy z braci Surlitów nie miał najlepszych kontaktów z utalentowanym rudowłosym zawodnikiem Widzewa. Miało to wynikać z różnicy charakterów. O ile na boisku nie było tego widać, bo w końcu najważniejsze było dobro Widzewa, o tyle prywatnie zawodnicy ponoć nie przypadli sobie do gustu. Będący liderem drużyny i duszą towarzystwa Zbigniew Boniek twierdzi jednak, że choć byli z Krzysztofem całkiem inni, mieli poprawne relacje:
– Nie miałem nic przeciwko niemu. Relacje między nami były jak najbardziej normalne. Na pewno trzeba było uważać przy przywitaniu, bo Krzysztof w ręce miał imadło. Na boisku zawsze wiedział, o co chodzi, ale gdy wychodziliśmy zespołem wieczorem na jakąś kolację, to Krzysztof często wydawał się wyalienowany. Trochę z nami siedział i szybko wracał do domu. Zresztą bywał rzadko na takich spotkaniach. Był trochę zamknięty w sobie, wycofany, ale to nie znaczy, że od razu trudny. Sprawiał wrażenie bardzo mocno zżytego z bratem. Rzucało się w oczy, że serce mocno go bolało, gdy Wiesław stracił miejsce w bramce po przyjściu Burzyńskiego. Warto dodać, że w wywiadzie udzielonym portalowi Weszło w grudniu 2025 roku Zbigniew Boniek umieścił Krzysztofa Surlita w jedenastce najlepszych piłkarzy Widzewa w historii.

Mirosław Tłokiński tak komentuje tę kwestię: – Krzysztof był człowiekiem uczciwym i prawym. Nie akceptował cwaniactwa i zawsze walczył do upadłego. Historia w Szczecinie została już opisana [w książce Wielki Widzew Marka Wawrzynowskiego – przyp. aut.], więc nie będę do tego wracał. Mogę jedynie powiedzieć, że w każdej plotce jest ziarno prawdy. To jednak doskonale obrazuje charakter Krzysztofa. W pewnych kwestiach był bezkompromisowy. Ale było nie do pomyślenia, by w ostrych słowach, publicznie, skrytykował jakieś złe zagranie czy boiskową decyzję Zbyszka, nawet jeśli takowe się zdarzały. To były dwa zupełnie różne charaktery i dwa różne rodzaje wychowania. Pamiętam, jak któregoś razu Włodkowi Smolarkowi oberwało się od Zbyszka z powodu jakiegoś nieudanego zagrania. Wystarczyło spojrzeć na Krzyśka i było wiadomo, co o tym sądzi. Jego wzrok i wyraz twarzy mówiły więcej niż słowa. Andrzej Grajewski również jest zdania, że choć „Zibi” był największą gwiazdą Widzewa, to – przynajmniej na początku – na pewno nie był liderem drużyny. A już bez wątpienia nie pozwalał sobie na nieprzemyślane komentarze pod adresem Surlita: – Liderem w szatni to „Zibi” nie był. Prędzej Staszek Burzyński.
Później dzięki udanym występom w kadrze faktycznie wywalczył sobie pozycję w zespole, ale całej grupie przewodzili inni. Najpierw rządziła starszyzna. A Boniek przychodził do Widzewa jako 19-letni chłopak. Mógł się bać Krzyśka, bo gdyby ten nie wytrzymał, to poszłyby pięści w ruch i Zbyszek mógłby mieć kłopoty. Surlit nie pozwalał sobie na lekceważące traktowanie, a Boniek unikał z nim jakichkolwiek spięć i nie pozwalał sobie wobec niego na nic. Wprawdzie niektórzy koledzy, pytani o relacje Bońka i młodszego Surlita, nabierają wody w usta, inni jednak twierdzą, że panowie dogadywali się bez zarzutu. Bez względu na to, jak faktycznie było, na szczęście obaj dla dobra drużyny potrafili odsunąć na bok animozje i dać mnóstwo radości kibicom RTS-u. Faktem jest jednak, że nie wszyscy darzyli się sympatią. W rozmowach na temat Krzysztofa Surlita i Zbigniewa Bońka bardzo często podkreśla się różnicę charakterów między nimi. To były zupełnie różne światy. Andrzej Grajewski twierdzi, że w każdej drużynie powinni być jednak ci, których przeznaczeniem jest błyszczeć, i specjaliści od czarnej roboty.
– Zbigniew Boniek był wtedy wielką gwiazdą, do tego wszystko przychodziło mu dużo łatwiej. Krzysiek musiał na sukces ciężko zapracować, uparcie walczył o swoją pozycję na boisku. Była to postawa niezwykle zacna. A na końcowy sukces ostatecznie składają się nie tylko talent, postawa na treningach czy dobra gra i po prostu szczęście.
Zdaniem redaktora Wojciecha Filipiaka niechęć między Surlitem a Bońkiem była powszechnie znana łódzkim dziennikarzom: – Obaj byli pyskaci i pewni siebie. Surlit nie pozwalał sobie, by Boniek mu podskakiwał, a „Zibi” często patrzył na Krzysztofa z góry. W tamtych czasach dość często krążyły pogłoski, że obaj się nie lubią. Na szczęście dla Widzewa, kiedy tylko wychodzili na boisko, nie miało to żadnego znaczenia. Nie przeszkadzało to ani jednemu, ani drugiemu w graniu. Bożenna Surlit przyznaje wprost, że jej mąż i Boniek nie specjalnie za sobą przepadali: – Od samego początku nie przypadli sobie do gustu. Wynikało to z różnicy charakterów. Na pewno mąż nie znosił cwaniactwa. Był wyczulony na tym punkcie. A Zbyszek się go zwyczajnie bał. Pewnego razu Boniek podpadł mężowi na boisku i w szatni po meczu nie skończyło się wyłącznie na groźnym spojrzeniu. „Dorwał go i szybko załatwił sprawę”, jak to wtedy powiedział Krzysztof. Mąż nie rozpaczał, gdy Boniek odszedł do Juventusu. Prawda jest taka, że jeśli ktoś umie zrobić wokół siebie sporo szumu i ma dość talentu, to zostaje gwiazdą. A przecież pracował na niego cały zespół. Nie ujmuję jednak niczego Bońkowi. Miał odpowiedni charakter, potrafił świetnie grać, umiał dobrze ocenić sytuację na boisku, szybko biegał i miał niesamowite zwody. Tyle że w pojedynkę nic by nie zdziałał. Futbol to gra zespołowa, w której zawsze musi być jakiś bohater. Zbyszek chciał nim być i został gwiazdą. Sytuacja, o której wspomniała małżonka Krzysztofa, miała wydarzyć się w przerwie meczu z Pogonią w Szczecinie.
Jak możemy przeczytać w książce Wielki Widzew Marka Wawrzynowskiego, nie tylko Surlit miał wtedy pretensje do „Zibiego”: 16 kwietnia zespół grał w Szczecinie. W przerwie spotkania doszło do awantury. Tłokiński, Burzyński i Surlit oskarżyli Zbigniewa Bońka o sprzedanie meczu. – Przed spotkaniem doszło do konfliktu. Grupa zawodników chciała sprzedać mecz, inni nie. Na pewno mecz był ustawiony – mówi jeden z piłkarzy. Koledzy nie mieli żadnego dowodu, tyle że Boniek po raz pierwszy grał na środku obrony i zawalił pierwszą bramkę. W siódmej minucie „Zibi” znalazł się między Tłokińskim i Burzyńskim. Popełnił fatalny błąd, nie trafił w piłkę. Jemu takie rzeczy się nie zdarzały. Koledzy z drużyny mieli jednak ich szybko rozdzielić i w ten sposób zażegnali spór. Po zmianie stron „Zibi” strzelił nawet gola na 3:2. Ostatecznie Pogoń wygrała jednak 4:3. Zapytany o to spotkanie Zbigniew Boniek odpowiedział, że historię o awanturze można włożyć między bajki:
– To zwykłe legendy, nic więcej. Nie było między nami żadnej szamotaniny. To spotkanie w Szczecinie, o którym się tyle mówi, urosło do nieprawdopodobnych rozmiarów. Proszę jednak sprawdzić, kto po tym meczu otrzymał najwyższą notę w drużynie w katowickim „Sporcie”, kto strzelał gole i asystował przy bramkach: ja. Oczywiście, była wtedy nerwowa atmosfera. Pogoń stworzyła wtedy taki mit, że spokojnie wygra, bo się z nami dogadała. Tyle że to nieprawda. Może po meczu ktoś miał jakieś pretensje i było gorąco, ale takie rzeczy zdarzały się nie raz i nie dwa. W piłkarskiej szatni to zupełnie normalne. Ale opowieści, że ktoś komuś coś zrobił, że doszło do szamotaniny… Takiej sytuacji zupełnie sobie nie przypominam. Nieco inaczej pamięta ten mecz redaktor Wojciech Filipiak: – To była wtedy dość głośna historia. Według mojej wiedzy panowie, mówiąc obrazowo, złapali się wtedy „za klapy” i była awantura. Surlit nie bawił się w półśrodki. Jak grał, to grał. Jak widział, że ktoś się oszczędza, to się denerwował.
O książce:
Piłkarz, który jak nikt uosabiał Widzew Krzysztof Surlit był zawodnikiem nie do podrobienia. Strzelone przez niego gole ŁKS-owi w derbach Łodzi oraz Rapidowi Wiedeń, Manchesterowi United czy Juventusowi w europejskich pucharach utkwiły głęboko w pamięci Widzewiaków i zapisały się złotymi zgłoskami w piłkarskich kronikach. Był nie tylko wyśmienitym pomocnikiem, słynącym z piekielnie mocnych uderzeń z dystansu, ale także niestrudzonym wojownikiem, człowiekiem prawym i bezkompromisowym. Każdy mecz był dla niego jak finał. Nie akceptował cwaniactwa i gry na pół gwizdka, co nie wszystkim pasowało. Czym podpadli mu Zbigniew Boniek i Włodzimierz Smolarek? Kto z drużyny stracił przytomność po tym, jak posłana przez Surlita „bomba” trafiła go w głowę? Od którego słynnego gracza Barcelony Krzysztof kopał piłkę z większą prędkością? Dlaczego według Mirosława Tłokińskiego Surlit nie znajdował się na czele rankingu popularności w łódzkim zespole i z jakich powodów nie poleciał z kadrą Jacka Gmocha na mundial ’78 do Argentyny? Dzięki reporterskiej pracy dziennikarzy Radia Łódź, Dariusza Postolskiego i Kamila Kijanki, wybierzecie się w ekscytującą podróż do maleńkiego Zelowa, który wychowanek Włókniarza rozsławił na wielkich stadionach. Niebagatelną rolę w powstaniu tej książki odegrał notatnik sportowy Krzysztofa Surlita, w którym skrupulatnie zapisywał wspominki z rozegranych meczów. Pozwoliły one odkryć wiele nieznanych faktów z jego kariery, w tym zmagań o ligowe punkty we Francji i Finlandii.
„Krzysztof Surlit. Widzewski charakter” to historia człowieka, który kochał piłkę nożną bezgraniczną miłością. Podporządkował jej wszystko i zapłacił za to najwyższą cenę. Zakończył życie tam, gdzie czuł się najlepiej – na boisku. Książka jest dostępna TUTAJ.








Górnik Zabrze
Legia Warszawa
Lech Poznań
Wisła Kraków
Pogoń Szczecin
Korona Kielce
Zagłębie Lubin
Piast Gliwice
GKS Katowice
Jagiellonia Białystok
Wisła Płock
Widzew Łódź
Cracovia
Radomiak Radom
Śląsk Wrocław
Motor Lublin
Wieczysta Kraków
Raków Częstochowa 
KTS Weszło Warszawa
Mazovia Mińsk Maz.
Pelikan Łowicz
Ząbkovia Ząbki
Wisła II Płock
Jagiellonia II Białystok
Świt Nowy Dwór Maz.
Warta Sieradz
Widzew II Łódź
Wigry Suwałki
Olimpia Zambrów
Lechia Tomaszów Maz.
ŁKS II Łódź
Olimpia Elbląg
Mławianka Mława
KS CK Troszyn
Polonia Lidzbark Warm.
ŁKS Łomża