A. Radwański: „Nie wracam do Widzewa z podkulonym ogonem”

10 stycznia 2019, 20:24 | Autor:

Czy Adam Radwański jest lepszym piłkarzem od tego, który opuszczał Widzew przed rokiem? Czego nauczył się w Rakowie Częstochowa od Marka Papszuna i dlaczego sam zdecydował się opuścić zespół będący jedną nogą w Ekstraklasie? Na te pytania odpowiedział nam sam zainteresowany!

– Przez ostatni rok drużyna nieco się zmieniła. Nie będziesz musiał na nowo przejść całego okresu aklimatyzacji?

– Myślę, że nie. Większość chłopaków z drużyny dobrze znam, także żadnego problemu z ponowną aklimatyzacją w Widzewie nie przewiduję. Cały czas śledziłem widzewskie portale, byłem na bieżąco przez ten rok z sytuacją klubu. Powiem szczerze, że jestem natomiast mile zaskoczony zmianami w całej otoczce. Wokół stadionu i w środku wygląda to lepiej i bardziej profesjonalnie niż wtedy, gdy grałem tutaj w III lidze.

– A gdzie grało ci się trudniej? W Widzewie w III lidze, czy w Rakowie w I lidze?

– To są dwie różne ligi, ale w obu trzeba na pewno być właściwie przygotowanym pod względem fizycznym czy motorycznym. Choć z pewnością w I lidze więcej miejsca poświęca się zagadnieniom taktycznym. Widać też, że po boisku biegają zawodnicy o dużo większych umiejętnościach czysto piłkarskich.

– Nie brak głosów, że na wyższych poziomach rozgrywkowych piłkarze mają więcej czasu na podjęcie decyzji. Zgodzisz się z tym?

– Raczej się nie zgodzę. Nie zauważyłem, żebym miał w I lidze więcej miejsca czy czasu na podjęcie decyzji od tego, co było w III lidze. Na każdym szczeblu rozgrywkowym trzeba starać się jak najszybciej operować piłką, bo w ten sposób tworzy się przewagę na boisku i podnosi swoje umiejętności.

– Twój pobyt w Rakowie można chyba podzielić na dwa etapy. W pierwszej rundzie po transferze miałeś więcej szans na grę, strzelałeś ważne bramki. Potem coś siadło.

– Ja również tak uważam, przede wszystkim właśnie pod kątem tego, że więcej grałem w rundzie wiosennej, zaraz po transferze, niż jesienią. Ale myślę, że rozwinąłem się przez ten cały rok. Głównie pod względem taktycznym, ustawienia na boisku, trzymania linii, ułożenia ciała czy pracy głową. Te elementy, gdy się je doskonali, pomagają piłkarzowi w różnych sytuacjach w trakcie gry.

– Później dopadł cię pech. Złapałeś uraz, co koledzy walczący z tobą o miejsce w składzie wykorzystali.

– Wskoczyli do składu w moje miejsce i trudno myśleć o zmianach personalnych w jedenastce, gdy zespół kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. W trakcie rundy pojawił się również problem w badaniach krwi, co wyeliminowało mnie z jednego spotkania. Nie ukrywam, że miałem chwile zwątpienia, ale na szczęście trener Marek Papszun od czasu do czasu dawał mi szansę. Druga część rundy jesiennej to raczej moje wejścia już tylko z ławki rezerwowych, ale myślę, że dawałem w nich dobre zmiany.

– Mimo częstej obecności na ławce Rakowa cały czas byłeś gotów pomóc drużynie. Dla ciebie to pewnie także jakiś rodzaj nauki?

– Myślę, że tak. Nie byłem dotąd przyzwyczajony do bycia rezerwowym. W Świcie Nowy Dwór Mazowiecki czy w Widzewie byłem podstawowym zawodnikiem praktycznie w każdym meczu. To była dla mnie nowa sytuacja, z jaką musiałem się zmierzyć, ale sądzę, że dobrze sobie z tym poradziłem. Nie załamywałem rąk, dawałem sygnały na treningach, że jestem gotowy pomóc drużynie w każdym momencie.

– Podczas twojego pierwszego pobytu w Łodzi zarzucano ci, że w końcówkach spotkań brakuje ci siły. Pracowałeś także nad tym elementem?

– Można tak powiedzieć. U trenera Papszuna zajęcia były bardzo intensywne i dzięki temu nie brakowało nam pary w końcówkach spotkań. Jako cała drużyna dobrze wyglądaliśmy pod tym względem, także na finiszu rundy. Mogę więc powiedzieć, że w tym elemencie jestem lepszym zawodnikiem. Dopiero w Rakowie dostrzegłem, jak wiele czynników powoduje, że mogę iść dalej w górę. Miałem także treningi indywidualne pod kątem gry jako środkowy pomocnik, dlatego uważam, że mocno rozwinąłem się przez ostatni rok.

– Dowiedzieliśmy się, że powrót do Widzewa był niejako twoją własną decyzją.

– To prawda. Nikt w Częstochowie nie chciał się mnie pozbywać, ale gdy dostałem telefon od Mirosława Leszczyńskiego, zacząłem zastanawiać się, co tak naprawdę byłoby dla mnie lepsze. Rozmawialiśmy na ten temat z moim agentem, Tomaszem Hajto. Wspólnie uznaliśmy, że powrót do Widzewa to dobry pomysł. Zadzwoniłem do trenera Papszuna i powiedziałem mu, że chcę odejść, ponieważ priorytetem jest dla mnie regularna gra.

– Wracasz na Piłsudskiego z opinią piłkarza lepszego od tego, który odchodził. Z pewnością wzrośnie więc także poziom oczekiwań względem twojej osoby.

– Jakby nie było, przychodzę do Widzewa z drużyny, która jest liderem w lidze wyżej, więc siłą rzeczy będzie się ode mnie więcej wymagać. Mogę powiedzieć tylko tyle, że zdaję sobie z tego sprawę. Zamierzam udowodnić na boisku, że nie wracam do Widzewa z podkulonym ogonem, by uzupełnić skład, ale po to, by wzmocnić drużynę. Oczywiście wiem, że najpierw będę musiał zapracować na miejsce w składzie u trenera Mroczkowskiego. Rywalizacja jest przecież duża.

– Czujesz już dreszczyk emocji, związany z powrotem na osiemnastotysięczny stadion? W I lidze nie miałeś możliwości grać przed taka widownią.

– Już mówiłem, że stęskniłem się za tą atmosferą, jaka jest na Widzewie. Nie mogę się doczekać, jak znów usłyszę ten ryk trybun!

Rozmawiał Karpiu

Subskrybuj
Powiadom o
16 komentarzy
Starsze
Nowsze Najwięcej ocen
Inline Feedbacks
View all comments

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
16
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x