Piłkarze nie podeszli do kibiców. Rzecznik i kapitan przepraszają

2 maja 2026, 14:29 | Autor:

W piątkowym klasyku w Warszawie drużyna Widzewa wspierana była dopingiem przez liczną grupę kibiców. Po końcowym gwizdku nie doszło jednak do tradycyjnego podejścia piłkarzy pod sektor gości i dopiero później wyjaśniono powody tego faux pas.

Relacje pomiędzy fanami a drużyną są w ostatnim czasie – mówiąc łagodnie – napięte. Pierwsze pretensje do zawodników wyrażano już pod koniec rundy jesiennej, gdy zarzucono im brak odpowiedniego zaangażowania i charakteru. Przy okazji meczu w Gliwicach do 80. minuty nie było dopingu, a zamiast flag pojawiły się transparenty wyrażające sprzeciw wobec braku determinacji. Wpływ tego zdarzenia na postawę Widzewiaków ciężko ocenić, jednak faktem jest, iż ci zaczęli wkładać w swoją grę więcej walki i wygrali dwa z trzech spotkań na koniec ubiegłego roku.

Wiosną postawa zespołu rozczarowywała jeszcze bardziej, ale trybuny trzymały ciśnienie, choć niejednokrotnie cierpliwość kibiców była już na wyczerpaniu. Ta swoista wewnętrzna walka pomiędzy złością na fatalną sytuację w tabeli a byciem z drużyną na dobre i złe idealnie objawiła się w ostatnich kilkunastu dniach. Podczas starcia z Termaliką Nieciecza fani szczelnie wypełnili stadion już podczas rozgrzewki, dając piłkarzom wielkie wsparcie. Zwycięski gol, zdobyty w końcowych minutach meczu, wydawał się być nagrodą za to podejście. Niestety, tydzień później Łodzianie znów rozczarowali, wypuszczając punkty z rąk w doliczonym czasie potyczki w Radomiu.

Wtedy w „Czerwonej Armii” znów coś pękło. W trakcie konfrontacji z Motorem Lublin ponownie zabrakło flag, a także dopingu. Były natomiast słowa krytyki pod adresem szefów klubu, głównie odpowiedzialnych za sprawy sportowe Dariusza Adamczuka oraz Piotra Burlikowskiego, ale symboliczną „żółtą kartkę” pokazano też prezesowi Michałowi Rydzowi. Tymczasem na boisku Widzew był górą, wygrywając 2:0.

Legia – Widzew (wypowiedzi)

Piątkowy wieczór w stolicy długo nie zapowiadał kolejnej odsłony problemów w relacjach. Grupa wyjazdowa, gdy już znalazła się na swoim sektorze w całości, głośno dopingowała drużynę, starając się być jej dwunastym zawodnikiem. Nie dostała jednak nagrody, ale kolejny mocny cios w postaci bramki straconej w ostatnich sekundach. Mieszanka bezradności, złości i smutku u przyjezdnych były odwrotnie proporcjonalne do szaleńczej euforii Legionistów, którzy celebrowali zwycięskie trafienie niczym gol na wagę mistrzostwa Polski. Można się domyślać, że podobnie fatalne uczucia panowały u piłkarzy, którzy znów dali się ograć w samej końcówce.

Mimo olbrzymich emocji, zespół miał absolutny obowiązek podejścia do swoich kibiców i przynajmniej podziękowania im za wsparcie. Zamiast tego, gracze ubrani w czerwone stroje poszli prosto do szatni. Jedynym zawodnikiem, który postanowił pokazać się gościom, był… Rafał Augustyniak. Będący w przeszłości kapitanem Widzewa obrońca prowokował fanów znajdujących się w „klatce”, dając kolejny raz wyraz swojego moralnego upadku. Śpiewający niegdyś na kibicowskich wigiliach wulgarne przyśpiewki nt. Legii 32-latek został jednak odciągnięty przez kogoś ze swojego obozu i na tym jego pokaz się zakończył.

Wracając do Widzewiaków, w pierwszej chwili można było mieć wrażenie, że to ciąg dalszy wydarzeń sprzed tygodnia i odpowiedź piłkarzy na brak dopingu. Dopiero kilkadziesiąt minut po końcowym gwizdku wyjaśniono jednak, że nikt nie zamierzał odgrywać się fanom. Stanowisko w tej sprawie przekazał rzecznik prasowy klubu na początku pomeczowej konferencji. „W imieniu całej drużyny chciałem przeprosić kibiców za to, iż piłkarze nie podeszli pod sektor gości. Nie był to w żaden afront w ich kierunku, a jedynie zaniechanie wynikające z olbrzymich emocji” – mówił Jakub Dyktyński.

Równolegle w tzw. mixed zone do dziennikarzy podobne słowa skierował Mateusz Żyro, który tego dnia był kapitanem zespołu. „Możemy tylko przeprosić kibiców, że nie podeszliśmy. Mam nadzieję, że tym razem nas zrozumieją, mi osobiście było wstyd, że znowu przyjechali, a my przegrywamy w takich okolicznościach. Z tego miejsca mogę przeprosić w imieniu drużyny, że nie podeszliśmy. Czuliśmy ich wsparcie na boisku. Wiemy, że weszli trochę później, ale było ich słychać. Oni są tymi, których najbardziej szkoda” – zakończył Mateusz Żyro.

Przed Widzewem Łódź jeszcze trzy spotkania, w których rozstrzygnie się to, czy utrzyma się w Ekstraklasie. Czerwono-biało-czerwoni podejmą Lechię Gdańsk oraz Piasta Gliwice, a pomiędzy tymi meczami zagrają jeszcze na wyjeździe z Koroną Kielce.

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x