Od napastnika do lidera defensywy. Historia Andrzeja Grębosza w Widzewie

29 kwietnia 2026, 12:02 | Autor:

Kariera Andrzeja Grębosza była pełna zakrętów, ale i drugich szans, jakie otrzymał od trenerów. Wychowanek Unii Złoty Stok rozpoczął swoją przygodę z piłką jako napastnik, by po latach odnaleźć się w formacji defensywnej. W Widzewie stał się ważną figurą, o czym napisał dziennikarz Marek Wawrzynowski w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”.

Fragment książki:

Grębosz do Widzewa przyszedł z ŁKS-u. Pochodził z dawnego województwa wałbrzyskiego. Karierę zaczynał w małym klubie Unia Złoty Stok, skąd trafił do Unii Tarnów, ale tam przez trzy sezony czas spędzał głównie w gabinetach lekarskich. Nieliczne minuty na boisku jednak wystarczyły, aby dojrzał go Walczak i ściągnął do ŁKS-u, gdzie Grębosz grał cztery lata jako napastnik. Nie był zbyt błyskotliwy pod bramką rywala, przypominał raczej typowego piłkarza w dawnym stylu angielskim. Jego głównym zadaniem było wyskoczyć wyżej od obrońców do dośrodkowania, rozepchnąć się łokciami i uderzyć głową z całej siły. A że kilka razy się udało, poczuł się mocny. Zaczął lekceważyć treningi, jak sam przyznał – stracił motywację. I dlatego ŁKS pozbył się go bez żalu. Odżył po latach w Widzewie.

Był kolejnym przypadkiem potwierdzającym zasadę, że sprzętu z odzysku można używać przez wiele lat i często bywa on lepszy niż nowy. Nigdy nie został zawodnikiem na miarę reprezentacji, może dlatego, że popełniał trochę błędów, a może dlatego, że jego prawdziwe przeznaczenie, czyli grę na pozycji stopera, odkryto dopiero, gdy miał 28 lat. Grębosz należał jednak do piłkarzy trzymających drużynę, jej liderów. Poza tym był jednym z nielicznych środkowych obrońców w Polsce, którzy potrafili włączyć się w akcję ofensywną, w trudnym momencie wziąć na siebie odpowiedzialność za losy spotkania. Dla trenera był nieoceniony, bo stwarzał przewagę w ataku.

Sezon 1980/81 był najlepszym z dotychczasowych w wykonaniu „Adasia”. Koledzy nazywali go tak od czasu meczu ligowego z Zawiszą w Bydgoszczy, gdy po spotkaniu jego zdenerwowana żona opuściła stadion i udała się do szpitala, a wieczorem urodziła mu syna Adama.
Grębosz doskonale uzupełniał się ze Żmudą. Kontynuowali widzewską tradycję, wynikającą zresztą z logiki i znajomości tematu: dwóch pewnych środkowych obrońców, którzy dobrze grali w powietrzu, to był klucz do sukcesu. A Grębosz i Żmuda te warunki spełniali. Zresztą
ten pierwszy nie krył, że ze wszystkich stoperów właśnie ze Żmudą współpracowało mu się najlepiej, bo reprezentant Polski imponował spokojem, tonował atmosferę w defensywie, nigdy nie dopuszczał do paniki. Dlatego ‘Adaś’ mógł pozwolić sobie na ofensywne wyjścia
i z tej umiejętności w meczu z Juve skorzystał fantastycznie. Rozpoczął i zakończył akcję. I choć Juventus wyrównał, to jednak Widzew w Łodzi był znacznie lepszy i ostatecznie wygrał 3:1 dzięki bramkom Grębosza, Pięty i Smolarka.

Kilku piłkarzy wspięło się w tym spotkaniu na szczyty swoich możliwości, ze znakomitej strony pokazał się Krzysztof Surlit, który zapoczątkował dwie akcje bramkowe, dwie asysty zaliczył Boniek, a jedną Tłokiński.

– To był niezły mecz. Widzew nas zaskoczył, grał naprawdę dobrze, ofensywnie. Byliśmy pod wrażeniem klasy piłkarzy, oczywiście przede wszystkim Bońka. On był zawodnikiem najwyższej klasy światowej – opowiada Marco Tardelli.

Książkę „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów„, a także „Widzew. Reaktywacja„oraz inne tytuły piłkarskie Wydawnictwa SQN znajdziecie w promocyjnych cenach TUTAJ

foto: Boniek z Andrzejem Gręboszem, jednym z piłkarzy, z których zrezygnował ŁKS (1971–1974), i którzy mieli coś do udowodnienia byłemu klubowi; Fot. M. Kowal

#reklama #postsponsorowany

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x